sobota, 31 grudnia 2011

MUZYCZNE CREDO MARTINA EDENA

Obcowanie ze sztuką łagodzi obyczaje. Można w to zwątpić po niezwykle burzliwej dyskusji między Martinem Edenem a jego ukochaną, Ruth, która przetoczyła się po kartach słynnej książki Jacka Londona:

"Po prostu bronię tylko moich praw jednostki. (...) Światowe autorytety muzyczne mogą sobie mieć słuszność. Ale ja pozostanę sobą i nie potrafię podporządkować swych osobistych odczuć nawet jednogłośnej opinii całej ludzkości. Jeśli coś mi się nie podoba, mówię o tym i rzecz skończona; a nie widzę żadnej racji pod słońcem, abym miał udawać zachwyt dlatego tylko, że większość podobnych mi istot ujawnia go albo usiłuje go w siebie wmówić. W sprawie mych upodobań i niechęci nie umiem stosować się do żadnych przepisów mody."

No i jak zwykle - "coś miało łączyć, a dzieli" (nadużywany slogan - gdy słyszę z czyiś ust "coś miało łączyć...", to automatycznie kończę za niego gromkim głosem). Ale pal licho dzielenie, mnożenie i dodawanie, gdy mowa o tak poważnych sprawach jak gusta kulturalne, gdzie osławiona "jedność wszystkich Polaków" byłaby czymś zabójczym. Wszyscy Polacy nie będą zachwycać się jeno "Bogurodzicą" i nucić w tramwaju "Kaszebści Jeziora:".

Dobrze, że Jack London wkłada w usta Edena słowa tak dobitne, że godne mówców rzymskich. Jeszcze lepiej, że zaczyna od praw jednostki. W świecie, w którym żyjemy, niezmiernie trudno obronić swoje upodobania, swój gust, swoją wrażliwość (jeszcze raz: swoje, swój, swoją) i nie wpaść w ramiona wygodnego konformizmu.

Weźmy za przykład głośną dzisiaj kulturę hip-hopu. Spójrzmy na typowego słuchacza tejże muzyki: konieczny kaptur nasunięty na czoło, szerokie spodnie, tatuaże, charakterystyczny sposób poruszania się, mówienia, swoiste gesty. I po co to wszystko? Nie może taki słuchacz hip-hopu wbić się na przykład w garnitur i tak słuchać ulubionej muzyki? Po co wszyscy słuchacze hip-hopu mają zachowywać się i ubierać tak samo? Przecież muzyka nikogo nie zmieniła - Polak nie stał się nagle Murzynem ze slumsów. To wszystko jest nienaturalne, udawane. Gdyby nasz fan hip-hopu stanie się nagle miłośnikiem rocka, to w kąt pójdą szerokie spodnie i bluzy z kapturem, a pojawi się skórzana kurtka i "straceńczy tryb życia". Czy nie za daleko to wszystko idzie?

Ale pióro znowu mnie poniosło. Powyższy cytat pokazuje też pewne zjawisko: "terror ludzi kulturalnych". Jeżeli nie podoba ci się jakaś muzyka, to czegoś ci brakuje, najpewniej rozumu, i nieważne, że w duchu ci "ludzie kulturalni" nie wiedzą nawet, czym się zachwycają. Liczy się poza, wizerunek - każdy musi ci pokazać, że na społecznej drabinie jesteś o, tam, na dole, tak nisko, że prawie cię nie widać.

Wtedy trzeba mieć odwagę Martina Edena. Albo pieprzyć ten świat pozorów i wybrać świat Platona.


Cytat pochodzi z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki.

wtorek, 6 grudnia 2011

Z CZEGO ŚWIĘCI LEPIĄ GARNKI?

Wiem, że przez krótki czas swojego istnienia, "Dziennik lektury" zyskał kilkoro wiernych Czytelników. Chciałbym więc skorzystać z okazji i podziękować im za czytanie postów i za wszystkie komentarze. Jednocześnie przepraszam za to, że ostatnio mam mniej czasu na dodawanie nowych. Wiem jednak z doświadczenia, że cierpliwość się opłaca, i nie inaczej będzie tym razem. Cytat, który chcę niżej przedstawić, jest chyba najlepszym, jaki do tej pory był w tym miejscu prezentowany.

Oddajmy zatem głos Jackowi Londonowi:

"Czy święci w niebie mogą być czym innym, jak wzorem czystości i piękna? Nie ma w tym ich zasługi. Ale zachować świętość w życiowym bagnie - oto co wzbudzać powinno wieczysty podziw! Dla tego samego warto żyć. Widzieć wielkość moralną powstającą z bagna nieprawości, powstać samemu i po raz pierwszy dostrzec obraz piękna, słaby jeszcze i odległy, przesłoniętymi błotem źrenicami; widzieć, jak z tej słabości, ułomności i przestępczości, z całej tej przepaści zbydlęcenia wyłania się siła, prawda i najwyższe duchowe wzloty."

Czyż to nie piękna wizja? Do mnie osobiście bardzo przemawia. Motyw samodoskonalenia się człowieka, który pokonuje swoje słabości i przełamuje schematy myślenia narzucone przez środowisko, z którego się wywodzi i z którym jest silnie związany, to chyba jeden z najpiękniejszych motywów stworzonych przez literaturę. Dlatego "Zmartwychwstanie" Tołstoja i "Martin Eden" Londona zajmują na mojej półeczce honorowe miejsce. Obie książki łączy jedno - wzruszenie, z którym czytałem zdania takie, jak zacytowany powyżej, świadczące o przemianie bohaterów, o tym, jak nagle odkrywają w sobie zło, które wcześnie akceptowali, ba, nawet nie zdawali sobie sprawy z jego istnienia. To jest zawsze piękne uczucie. Człowiek może dostrzec nagłą i wyraźną poprawę - wczoraj byłem zły, ale dziś jestem dobry.

Obie przekonują też o jednym: możliwości człowieka są nieograniczone. Czy Martin Eden, niewykształcony marynarz, może zostać wielkim intelektualistą? Oczywiście, że tak, wystarczy do tego upór, ciężka praca i wrodzona niezależność myślenia. No i Ruth... Ktoś może powiedzieć, że to czysta fikcja literacka, że takie rzeczy się nie zdarzają. Ale przecież London konstruując swojego bohatera czerpał z własnej biografii.

W "Dawno temu w Ameryce" jest scena, w której ulicznik ściska w ręku "Martina Edena". To świadczy, jak bardzo mit o tym, że nawet skazany na niedolę biedak może w życiu osiągnąć rzeczy niemożliwe, jest żywy w kulturze (abstrahując od tego, jaką drogę do tego celu obierają bohaterowie filmu).

A święci? Oni istnieją w roli witraży, posągów. Na cokołach, pod stropem świątyń. Nieosiągalni.

Cytat pochodzi z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki

poniedziałek, 31 października 2011

ULOTNA CHMIELOWA DUSZA

Ponieważ od ostatniego wpisu w „Dzienniku lektury” minęło już trochę czasu, pozwolę sobie pominąć przeprosiny, które się Czytelnikom należą, i z miejsca przejść do rzeczy.

Zdanie, które przyciągnęło moją uwagę, znalazłem w książce Jacka Londona „Martin Eden”:

„Topili w trunkach własną ułomność, a upijając się, przemieniali swe tępe i mętne dusze w bóstwa, z których każde rządziło samowolnie w raju własnych szaleńczych marzeń.” (46)

Czyż to nie genialne streszczenie w jednym zdaniu istoty pijaństwa, o którym mówi się i pisze tak wiele, i które stanowi nierozwiązywalny do dziś problem?

Alkohol daje ułudę pokonywania swoich słabości. Sprawia, że można przez chwilę poczuć się kimś potężnym, władcą. Władcą, którego rządy ograniczają się tylko do „raju własnych szaleńczych marzeń”. Alkohol umożliwia oderwanie się od ponurej rzeczywistości, rzucenie okiem w głąb butelki, gdzie znajduje się przestrzeń dla niczym nieograniczonej fantazji rozochoconego umysłu.

Muszę przyznać, że przywodzi mi to na myśl paktowanie z diabłem – coś zakazanego, tajemniczego, ale pociągającego. Jest bowiem i obietnica niezwykłych przeżyć, ryzyko, i majaczące niewyraźnie na horyzoncie konsekwencje, o których na razie się nie myśli, ale które trzeba będzie ponieść za krótką możliwość bycia bóstwem.

Chyba będę od teraz inaczej spoglądał na napotykanych na ulicy pijaków. Będę się zastanawiał, co widzą ich oczy, pozornie tak mętne, niezdolne do skupienia się na jednym punkcie. Na pewno coś, czego ja nigdy nie zobaczę. A co słyszą ich uszy? Czy coś więcej niż jednostajny szum samochodów? Może słyszą coś podobnego do śpiewu syren, których chciał posłuchać Odyseusz, i w tym celu nakazał towarzyszom przywiązać się od masztu.

Tragedią tych ludzi jest to, że nie znalazł się nikt, kto, podobnie jak Odyseusza, by ich do masztu przywiązał.

Cytat pochodzi z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki

piątek, 30 września 2011

RZECZ O WIELKODUSZNOŚCI

Mógł mieć wszystko, ale po co...
W świecie przepełnionym doprowadzoną do granic rywalizacją o dobra materialne, których zdobywanie, a raczej wyszarpywanie z rąk innym, ma służyć, by sprytniejsi i bardziej rzutcy mogli się czuć lepszymi od tych innych, za kuriozum musi uchodzić sytuacja, w której człowiek dobrowolnie rezygnuje z czegoś, co mu się należy.

Ale spokojnie, jeżeli już tropimy brudy w ludzkiej naturze, to na całego! Niezrównany Karol Dickens nawet w sytuacji, w której człowiek rezygnuje z walki o dobra materialne i prestiż, potrafi dopatrzyć się niezbyt czystych intencji. Zajrzyjmy zatem do "Życia i przygód Nicholasa Nickleby":

"Istnieją — trudno temu przeczyć — stwierdzone ponad wszelką wątpliwość wypadki, kiedy to dżentelmeni nader wielkodusznie rezygnowali z dam, a damy rezygnowały z dżentelmenów na rzecz godnych tego rywali lub rywalek. Czy jednak znamienita większość takich dam i dżentelmenów nie poczytywała sobie konieczności za zasługę i nie rezygnowała szlachetnie z rzeczy nieosiągalnych, jak na przykład szeregowiec, który ślubowałby, że nigdy nie przyjmie orderu podwiązki, albo biedny wikary, wyróżniający się wiedzą i pobożnością, lecz pochodzący z rodziny bez znaczenia (nie mówiąc oczywiście o znaczeniu, jakie ma dlań osobiście własna rodzina złożona z licznej dziatwy), który by z góry rezygnował z biskupiej godności?" (196)

Taka wielkoduszność to może być, prawda? Moglibyśmy się spodziewać, że Karol Dickens będzie nas zawstydzał przykładami szlachetnych postaci, działających z pobudek czysto etycznych, a co za tym idzie prawie odrealnionych, a tu wprost przeciwnie, zrobiło się swojsko i znajomo. Zepchnięto nas z niebiańskich wyżyn i spadamy, spadamy... no właśnie, nie wiadomo gdzie (czy wiedzą Państwo, że według badań ok. 70% Polaków wierzy w niebo, ale w piekło już tylko ok. 30%?)

Powyżej wykazałem, że można z czegoś zrezygnować, bo, jak śpiewali Rolling Stonesi, "You Can't Always Get What You Want". To chyba dobrze. Ale, jak pokazuje Dickens, można też z innego powodu, którym wcale nie jest wielkoduszność. Może to... słabość? I to chyba źle.

Cytat pochodzi z książki: „Życie i przygody Nicholasa Nickleby” Karol Dickens, Czytelnik, Warszawa 1971, tom II

środa, 21 września 2011

KTO Z KIM PRZESTAJE...

o mój Tczewie ukochany...
...takim się staje - doskonale znane wszystkim Polakom przysłowie. Jak zatem wynika z lektury "Życia i przygód Nicholasa Nickleby" Karol Dickens też musiał być Polakiem. Pochylmy się więc nad skromnym urywkiem z ponad 1000-stronicowego dzieła, aby przekonać się, co Dickens miał nam do powiedzenia w kwestii "wchodzenia między wrony" i "krakania tak jak one":

"(...) należy uprzytomnić sobie, iż większość ludzi przebywa wyłącznie w swoim własnym świecie i żywi ambicje na zdobycie wyróżnień i poklasku jedynie tego ograniczonego kółka. Niegodziwcy zaludniali świat sir Mulberry'ego, a on postępował według ich zasad." (449)

Otoczenie ma moc oddziaływania niemal nieograniczoną. Presji ulegają wszyscy, a zwłaszcza młodzi, którym najbardziej zależy na tym, by "doszlusować" do grupy. Z tej prawidłowości można wysnuć porażającą diagnozę, że zło jest niemożliwe do wytępienia, skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto zademonstruje komuś innemu, jak czynić zło, a ten będzie z tej wiedzy korzystał. Jeżeli rodzice wychowują swoje dzieci przekazując im umiejętności i wiedzę, to tak samo różnej maści złodzieje i bandyci przygotowują sobie następców. Co ciekawe, często robią to nieświadomie, bo niekiedy wystarczy tylko zły przykład!

Pamiętam, że gdy byliśmy dziećmi, jeden z kolegów przyszedł do nas i opowiedział o chłopaku z sąsiedztwa, który za sprowokowanie burdy na stadionie piłkarskim trafił do aresztu. Podziw, słyszalny doskonale w głosie kolegi, udzielił się bardzo łatwo i nam. Siła złego przykładu jest ogromna - nawet nie widzieliśmy na oczy tego chłopaka, do niczego nas nie namawiał, nie chwalił się swoim wyczynem - a podziw przyszedł sam.

Kto jeszcze wątpi w to, że otoczenie wywiera przemożony wpływ na psychikę człowieka, niechaj wystarczy mu prosty przykład. W Tczewie 90% ulic jest wprost szkaradnych (czym zresztą to zacne miasto nie różni się od reszty polskich miast). Powinienem więc w ogóle nie wychodzić z domu, a jak już, to z przesłoniętymi oczami, klamerką na nosie i zatyczkami w uszach, bo to niemożliwe, bym to wszystko wytrzymał. Ale tego nie robię! Jestem po prostu przyzwyczajony do tego, że tczewskie ulice wyglądają tak, jak wyglądają, nie zwracam na nie uwagi, co więcej - zdziwiłbym się, gdybym wszedł na którąś z ulic i przekonał się, że chodnik nie jest zarośnięty i powyginany, a elewacje budynków czyste i wolne od bohomazów. Tak samo jest z ludźmi, którzy wzrastają w złym towarzystwie.

Często ci, którzy chcą pomagać potrzebującym, albo są przez nich brutalnie odtrącani, albo cynicznie wykorzystywani. Przyczyna jest prosta: ludzie, którzy całe życie byli otoczeni przez zło, nie uwierzą, że ktoś może nieść im dobro.

Być może znowu odbiegłem od meritum, ale nie szkodzi...


Cytat pochodzi z książki: „Życie i przygody Nicholasa Nickleby” Karol Dickens, Czytelnik, Warszawa 1971 w tłumaczeniu Tadeusza Dehnela i Anny Przedpelskiej-Trzeciakowskiej

środa, 31 sierpnia 2011

PANOWANIE NAD SOBĄ


No i przyszedł czas w „Dzienniku lektury” na dwóch panów: Karola Dickensa i Nicholasa Nickleby. Tego autora śmiało można zaliczyć do pisarzy takich jak np. Mikołaj Gogol, którzy potrafili nie tylko dostrzec rozmaite przywary w otoczeniu, ale również w niezrównany sposób opisać je na kartach książek. Można nazwać ich znakomitymi psychologami czasów, kiedy psychiatrzy nie zastąpili jeszcze kleru.

A oto anonsowany cytat z „Życia i przygód Nicholasa Nickleby”:

„Dawniej już wzdragała się, prawdę powiedziawszy, na myśl o przykrej i uciążliwej pracy, ale pracy na chleb nie uważała za poniżenie, dopóki nie spotkała się z grubiaństwem i pychą. Filozofia pouczyłaby ją, iż poniżają się raczej ci, którzy upadli tak nisko, że stale i bez powodu popisują się swymi złymi skłonnościami.” (270)

Po raz setny powtarzam, że życie to nieustanna hierarchia, a jego sens to rywalizacja z innymi o zajęcie w niej wyższej pozycji. Ma to, rzecz jasna, swoje wady, ale też zalety, w zależności jakie kryteria stosuje się w takiej hierarchii. Każdy człowiek ma też odmienną motywację, by się po niej wspinać, i własne metody. Są też ludzie, tak jak pokazuje Dickens, którym tylko wydaje się, że pokonują kolejne szczeble, a rzeczywiście spadają w dół. Jak to możliwe? To proste, uważają się za lepszych od innych tylko we własnym mniemaniu.

Wspominałem o metodach. Damy, które przyszły przymierzać stroje, z premedytacją ranią biedną Kate, bo to pozwala im czuć się od niej lepszymi. Starają się więc dowartościowywać siebie przez odmawianie wartości innej osobie. To swoiste porównanie: ona jest niżej na społecznej drabinie, więc my jesteśmy wyżej. Jak poucza Dickens, jest zupełnie odwrotnie. 

Podstawowym miernikiem pozycji w społecznej drabinie, wartości poszczególnego człowieka, jest poziom jego rozwoju osobistego, bo człowiek całe życie się doskonali. Jakie miejsce może zajmować na niej ten, który nie potrafi zapanować nad ciemną stroną swojej duszy i krzywdzi innych, a może nawet znajduje w tym perwersyjną przyjemność? Panowanie nad emocjami różni człowieka od zwierząt, bo człowiek wyposażony został w inteligencję. Osoba, która aspiruje do bycia lepszą od innych, nie zachowuje się w ten sposób.

Cham zawsze pozostanie chamem, nieważne, co sam o sobie sądzi.

Cytat pochodzi z książki: „Życie i przygody Nicholasa Nickleby” Karol Dickens, Czytelnik, Warszawa 1971 w tłumaczeniu Tadeusza Dehnela i Anny Przedpelskiej-Trzeciakowskiej

piątek, 12 sierpnia 2011

CZŁOWIEK DOBRA RADA

Lekturą, którą tym razem wezmę na warsztat, są "Martwe dusze" Mikołaja Gogola. Niechybnie zaskoczę drogich Czytelników, gdyż, inaczej niż w przypadku "Cienkiej czerwonej linii" i "Kasztanka.Perły" post będzie tylko jeden. Mogłoby się zatem wydać Czytelnikowi, że książka jest mniej warta od pozostałych, a Gogol sześciokrotnie mniej błyskotliwy od Jamesa Jonesa i Johna Steinbecka. Nic podobnego! Według mnie Mikołaj Gogol był znawcą ludzkiej natury niezgorszym od samego Tołstoja, potrafiącym na dodatek ukazać zwykłe ludzkie przywary w sposób dowcipny (jakże inaczej od powagi i moralizatorstwa Lwa Nikołajewicza). Po prostu jeden tylko raz Mikołaj Gogol wysłowił to, co w nim siedziało, w sposób na tyle zwięzły i precyzyjny, że mogę go zacytować według zasad, jakie sobie przyjąłem w tym blogu.

A oto, po przydługim i nudnawym wstępie, sama Myśl:

"I okazało się jasno, jakiego rodzaju stworzeniem jest człowiek: mądry, rozsądny, przezorny bywa we wszystkim, co się tyczy innych, a nie jego. Jakimi przewidującymi, roztropnymi radami obdarza w trudnych sytuacjach życiowych! Co za mądra głowa! - woła tłum - cóż to za nieugięty charakter! A niech tę mądrą głowę spotka jakie nieszczęście i niech sam się znajdzie w trudnej sytuacji życiowej, gdzieś się podział charakter, stracił głowę niezłomny mąż, a zamiast niego ukazał się żałosny tchórz, niedołężne, słabe dziecko albo po prostu fitiuk, jak się wyraża Nozdriow" (293)

Z tym chyba każdy się zgodzi! Myślę, że w związku z tym nie trzeba owej Myśli specjalnie analizować, bo skończyłoby się na powtarzaniu tego samego, jeno innymi słowami. W tych paru zdaniach kryje się jednak tajemnica, jedna niewyjaśniona zagadka, którą naświetli pytanie: dlaczego tak się dzieje?

Kluczem jest chyba ryzyko. Jeżeli ktoś inny jest w potrzebie, to mogę mu doradzać (nagadać głupot) do woli, bo to nie moja sprawa, nie muszę podejmować żadnych decyzji, ani nie ponoszę żadnych konsekwencji. Cudze kłopoty, jeżeli jest to nawet najbliższy przyjaciel, nigdy specjalnie nas nie "bolą" (no może trochę - trzeba okazać w końcu koledze współczucie). Co innego, gdy my jesteśmy w potrzebie.

Gogola żegnamy rebusem. Jego hasłem jest sformułowanie z cytatu. Ciekawym, czy zgadniecie.











Cytaty pochodzą z książki: "Martwe dusze" Mikołaj Gogol, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2009

środa, 3 sierpnia 2011

HIERARCHIA, HIERARCHIA

Często rozmaici ludzie powtarzają, że życie człowieka to pasmo wzlotów i upadków. To prawda, pytanie tylko: dlaczego tak jest?

Po części odpowie nam na to Kino z „Perły” Johna Steinbecka:

„Projekt ukształtowany w wyobraźni staje się czymś rzeczywistym na równi z innymi rzeczywistymi rzeczami. Nie można go zniszczyć, ale łatwo go zaatakować. Przyszłość Kina była więc czymś realnym, ale wiedział on, że kiedy zacznie ją budować, powstaną siły, aby ją zburzyć. Musiał przygotować się do odparcia ataku.” (119-120)

Spory udział w nieszczęściach człowieka mają jego bliźni. Ludzie są z natury samolubni i tchórzliwi, drżą nieustannie o swoje bezpieczeństwo. Jeżeli nagle pojawi się ktoś, kto będzie chciał realizować ambitne plany, których konsekwencją będzie zachwianie czyjejś pozycji i bezpieczeństwa, to taką osobę usiłuje się za wszelką cenę zniszczyć. To znowu ta hierarchia, o której już napomknąłem w poście Droga na skróty.

Jest wszystko w porządku, kiedy poławiacz pereł jest biedny i znajduje się na samym dnie społecznej hierarchii. Zajmuje miejsce, którego nikt nie chce zajmować, ale ktoś musi. Nie daj Boże, żeby ów poławiacz nagle się wzbogacił, bo wskoczy na wyższy szczebel społecznej drabiny, a na jego miejsce będzie musiał ktoś spaść! Właśnie dlatego całe miasto wykona ogromny wysiłek, by do tego nigdy nie doszło i żeby biedny pozostał tam, gdzie jego miejsce:

„Jeżeli jakiś mężczyzna czy kobieta, młodzieniec czy dziecko zachowuje się i postępuje według uznanych zwyczajów – nie przebija głową muru, nikomu się nie przeciwstawia, nie czyni doświadczeń w żadnym kierunku, jest zdrowe i nie zakłóca ustalonego nurtu miasteczkowego życia – wówczas jednostka ta ginie w tłumie i nikt o niej nie słyszy. Ale niech tylko ktoś wyłamie się z reguł uznanych i zwyczajów uświęconych, zadrżą natychmiast nerwy miasteczkowego społeczeństwa i nerwowość ta udzieli się wszystkim.” (129)

W cytacie powyżej zapachniało trochę lewicowymi sloganami, ale ja rozumiem go na swój sposób, i sądzę, że mam do tego prawo.

Wróćmy do meritum. Jak możemy się dowiedzieć od Steinbecka, za nieszczęścia w życiu człowieka odpowiada jeszcze jeden czynnik:

„Wiedział również, że bogowie nie lubią ludzkich projektów i nie lubią powodzenia, chyba że jest ono wynikiem przypadku. Bogowie biorą odwet na człowieku, któremu poszczęściło się dzięki jego własnemu wysiłkowi.” (120)

Najtrudniej jest żyć osobom, które podjęły walkę z losem, przeciwstawiają się mu i usiłują zmienić swoje życie. Tacy ludzie zawsze napotykają na rozmaite trudności. Łatwo w życiu jest jedynie tym, którzy, nie pragnąc żadnych zmian, przyjmują to, co otrzymają od losu, ze stoickim spokojem...

To nasze ostatnie spotkanie z „Kasztankiem” i „Perłą” oraz filozofią Johna Steinbecka. Mam nadzieję, że zaowocuje zainteresowaniem autorem i jego innymi książkami. Pozdrawiam serdecznie.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego


Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

wtorek, 19 lipca 2011

DROGA NA SKRÓTY

To niemal norma, że sławni ludzie – aktorzy, muzycy – popadają w rozmaite uzależnienia, przejawiają ekstrawaganckie zachowania, prowokują tragiczne wypadki. Zawsze intrygowało mnie, skąd się to bierze. Czy ludzie, którzy osiągnęli tak wiele, nie są szczęśliwi?

Otwórzmy raz jeszcze opowiadanie „Perła” Johna Steinbecka:

„Powiedziano przecież, że istota ludzka jest nienasycona, że kiedy jej coś ofiarujesz, ona pragnie czegoś więcej. Nie ma w tym ujmy – jest to jeden z największych talentów naszego gatunku i to stawia nas wyżej od zwierząt zadowolonych z tego, co posiadają.” (116)

Wierzę w nieustanny rozwój człowieka, dlatego zawsze interesowały mnie książki takie jak „Zmartwychwstanie” Tołstoja, w której główny bohater pod wpływem nieoczekiwanego wydarzenia przechodzi trudną drogę od zgnuśniałego i rozpustnego szlachcica do ofiarnego i współczującego człowieka. (Może i na „Zmartwychwstanie” przyjdzie na tym blogu czas.) Trudno jest skupiać się na dalszym rozwoju, gdy człowiek już wiele osiągnął.

Wierzę też, że esencją życia jest hierarchia, niestety. Każdy człowiek podświadomie chce tylko zyskiwać na znaczeniu, móc się czuć ważniejszym i lepszym od innych. Temu służy ostatecznie gromadzenie pieniędzy, kupowanie drogich samochodów, ubrań. Żeby czuć się lepszym od innych, wyprzedzać innych w hierarchii. Sukces aktora czy muzyka nagle wynosi go na sam szczyt. Niestety, poczucie spełnienia nie trwa wiecznie – szybko zastępowane jest przez świadomość braku następnych celów, potrzebę dalszego rozwoju. Tę świadomość i tę potrzebę zagłusza się alkoholem i narkotykami, w coraz większych dawkach, bo z biegiem czasu coraz trudniej się oszukiwać.

W międzyczasie aktor i muzyk spadają na sam dół społecznej hierarchii. Pamiętają o nich nieliczni, ale nawet oni już nie okazują czci. To cena, jaką trzeba zapłacić za próbę oszukania tej katorgi, jaką jest stopniowe nabieranie wartości.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego


Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

wtorek, 12 lipca 2011

DLACZEGO DAJEMY JAŁMUŻNĘ?

Do Kino i Juany uśmiechnęło się szczęście: w morskich odmętach odnaleźli drogocenną perłę, która miała poprawić ich smutny los. Niestety, wieść o znalezisku dotarła do zbyt wielu uszu w miasteczku:

„Wieści dotarły szybko do żebraków przed kościołem i wywołały u nich radosny chichot, wiedzieli bowiem, że nikt nie rozdaje tak hojnie jałmużny, jak człowiek ubogi, do którego uśmiechnęło się szczęście.” (114)

Zastanowiło mnie, skąd się bierze taka prawidłowość? Myślę, że można by zaproponować cały szereg rozwiązań, od pesymistycznych po optymistyczne:
  1. Każdy nowobogacki chce popisać się przed otoczeniem zgromadzonym majątkiem. Majątek jest w takim przypadku cechą, która decyduje o pozycji w społeczeństwie. Demonstracyjne wręczanie wielkich sum biedakom ma być sygnałem dla innych: „jestem od was lepszy!”
  2. Dawanie jałmużny może być także aktem upokarzania tego, który znalazł się w tak ciężkiej sytuacji, że musi żebrać. Łatwo rozpoznać takich darczyńców – dają ze złośliwym uśmiechem, są pełni wyższości i nietłumionej pogardy, dla tego, któremu podobno pomagają.
  3. Dający jałmużnę mogą przez to sami siebie dowartościowywać. Taki człowiek rozczula się nad sobą, jest pełen wzniosłych myśli o swojej dobroci i wielkoduszności.
  4. Ludzie, którzy jeszcze niedawno żyli w ubóstwie, współczują tym, którym się mniej w życiu poszczęściło. Pomagają przez wzgląd na swoją przeszłość.
  5. Ludzie tacy czują się bardzo silnie związani z lokalną wspólnotą i chcą z nią dzielić zarówno szczęście, jak i nieszczęście.
  6. Ludzie, którzy wywodzą się z ubogich środowisk, często nie potrafią poradzić sobie z nagłym bogactwem i szybko cały majątek trwonią. Jałmużna może być przykładem takiego „trwonienia”.
  7. Wszystko po trochu (propozycja Sayuri)
Czytelnikom pozostawiam wybór najlepszej propozycji.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego

Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

środa, 29 czerwca 2011

JESZCZE O DZIADKU

Oni podbijali Dziki Zachód...
Ostatni post, dla którego wyjściem jest opowiadanie „Kasztanek”, będzie się koncentrował znowu wokół osoby dziadka. Jak pisałem w poście... lubi opowiadać o tym, jak prowadził karawanę przez ziemie zajmowane przez Indian. Oto dlaczego to wydarzenie jest dla niego tak ważne:

„To chodziło o tych wszystkich ludzi, którzy połączyli się w jedną wielką gromadę i ta gromada przypominała olbrzymie zwierzę żądne nowych zdobyczy. (…) Każdy człowiek chciał czegoś dla siebie, ale wielkie zwierzę, na które wszyscy się składali, pragnęło tylko jednego: iść na Zachód. (…) Ale nie było ważne, żeśmy doszli do celu, ważny był ruch, ważne było parcie na Zachód. (…) Idea parcia na Zachód była wielka i potężna jak Bóg.” (92-93)

Idea „parcia na Zachód” dotyczy Amerykanów i jest żywa w ich pamięci. My jednak możemy to zjawisko uogólnić. „Parcie na Zachód” będzie wtedy wyzwaniem, które postawiło przed sobą społeczeństwo. Dziadek Jody'ego boleje, że następne pokolenie Amerykanów równie odważnego celu przed sobą nie postawiło, ba, nawet relatywizuje dokonania pokolenia dziadka, zaliczając je do zamierzchłej przeszłości. Tymczasem społeczeństwo (w tym polskie) potrzebuje jakiegoś wyzwania, które choć na chwilę przemieni zbieraninę zatomizowanych jednostek w „olbrzymie zwierzę żądne nowych zdobyczy”.

„Ducha brak w ludziach” - stwierdza dziadek Jody'ego. (93)

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego


Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

niedziela, 26 czerwca 2011

SMUTNA STAROŚĆ

Tak wyobrażam sobie dziadka Jody'ego
Na ranczu wielkie wydarzenie: przyjeżdża dziadek małego Jody'ego. Jedynie ojciec chłopca, Carl Tiflin, nie wydaje się być z tego powodu zadowolony. Żali się, że teść raczy ich nieodmiennie tą samą opowieścią: o tym, jak prowadził karawanę i został napadnięty przez Indian.

Oto jak żona Carla Tiflina, cechująca się większą wrażliwością, usprawiedliwia swojego ojca:

„- A teraz spójrz na to z jego punktu widzenia, Carl - powiedziała cicho, miękko, prawie się tłumacząc. - To było największe przeżycie mojego ojca. Prowadził karawanę wozów przez cały kontynent, aż do oceanu, a kiedy to się skończyło, skończyło się jego życie. To była dla niego wielka rzecz, choć nie trwała długo. Pomyśl! Jakby się do tego urodził. A kiedy się skończyło, nie pozostało mu nic innego, jak tylko o tym myśleć i mówić.” (79)

Życie ludzkie jest tak dramatycznie krótkie, że ludzie (zwłaszcza starsi, którym bliżej do śmierci) czepiają się jakiegoś wydarzenia, dzięki któremu mogą być pewni, że ich życie miało sens, że zapisali się w pewien sposób w historii ludzkości. Wszyscy walczymy z przemijaniem. Ja też walczę z przemijaniem prowadząc ten gówniany blog ;)

Carlowi Tiflinowi, który nie chce słuchać bajań teścia, życzę, by w jego życiu można było odnaleźć coś godnego zapamiętania.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego


Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

poniedziałek, 20 czerwca 2011

MYŚLI O WYCHOWANIU

Samochód jest gotowy do pracy zaraz po opuszczeniu salonu. Z koniem sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Ten, aby był zdatny do użytku, musi być stopniowo przyzwyczajany do noszenia wędzidła, dźwigania siodła i posłuchu dla poleceń jeźdźca. John Steinbeck w „Kasztanku” nie szczędzi nam dokładnych opisów, jak się to odbywa. Aż dziw bierze, ile ujeżdżacze poświęcają temu czasu, uwagi i cierpliwości! Dla przykładu: by przyzwyczaić konia do wędzidła, każą mu na dobry początek nosić w pysku umoczoną w słodkim syropie gałązkę. Ktoś może się oburzyć i powiedzieć: po co tyle ceregieli, to tylko koń!

Paul Esh
A oto, jak tłumaczy to Jody'emu Billy Buck, znawca koni:
„Naturalnie moglibyśmy zmusić go do wszystkiego siłą, ale gdybyśmy to robili, nigdy by nie był dobrym koniem. Zawsze bałby się trochę, i jemu by to wcale nie przeszkadzało, tylko tobie.” (21)

Gdy przeczytałem ten fragment, nie pomyślałem wcale o koniach. Pomyślałem o tym, jak niektórzy rodzice przymuszają swoje dzieci, chcąc by realizowały ich niespełnione ambicje. „Nic na siłę!” - jak mówi Billy Buck. To, co zaszkodziłoby nawet zwierzęciu, co zrobi z psychiką człowieka?

W pociągu Przewozów Regionalnych relacji Gdańsk Oliwa – Tczew podsłuchałem (mimo woli!) rozmowę telefoniczną pomiędzy matką a córką.
(Ponieważ wypowiedzi córki nie mogłem usłyszeć, gdyż znajdowała się po drugiej stronie linii, zamieszczam tylko te matki.)

- Cześć córeczko! Jak tam w szkole? - Patrzyłem jak jej rysy ściągnęły się w pełnym napięcia oczekiwaniu. Słuchała z atencją, nie przerywając córce zbędnym słowem, ale ja wiedziałem, że coś jest nie tak, bo na jej wargach zatańczył nieznacznie wyraz niezadowolenia. Gdy głos w telefonie umilkł, wychyliła się do przodu i wybuchnęła:
- No tak! Wystarczy, że dwa dni mnie nie ma, a ty już się zaniedbałaś! Stale cię trzeba pilnować! A gdzie był tata? Dlaczego nie dałaś mu zadania domowego do sprawdzenia? Gdybym ja tam była...
Po kilku minutach klątw i złorzeczeń mama zakończyła rozmowę. Wtedy zwróciła się do siedzącej obok koleżanki tymi słowy:
- To mądra dziewczyna, ale jeżeli jej nie przypilnuję, wszystko zaczyna robić na odwal się. No sama widzisz, zawsze z historii ma szóstki, a gdy mnie dwa dni nie było, zaraz z zadania domowego złapała czwórkę...

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego


Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

wtorek, 31 maja 2011

GENEZA BRACTW GARAŻOWYCH

"Kasztanek" Johna Steinbecka, pomimo surowości w kreowaniu obrazu Południa Stanów Zjednoczonych, jest opowiadaniem przeznaczonym dla dzieci. Nie zrażajmy się tym jednak, bo już na piętnastej stronie znaleźć można frapujący fragment.

Jody dostał od swojego ojca, właściciela rancza, cudowny prezent - kucyka. Interesujący mnie fragment dotyczy sytuacji, kiedy chłopiec zaprosił kolegów ze szkoły, by razem z nim go obejrzeli:

"Tysiąc wieków istnienia człowieka wpoiło w nich podziw. Podziw pieszego dla jeźdźca. Instynktem wyczuwali, że człowiek na koniu jest duchowo i fizycznie silniejszy od człowieka stojącego na ziemi. Cudowne zdarzenie wyniosło Jody'ego ponad nich." (15)

Garaż otwiera swoje podwoje...
Czytając te słowa, nie mogłem powstrzymać się od zadumy nad tym, jakie myśli w tych chłopcach wywołałby widok samochodu. Instynkt, wyrobiony przez "tysiąc wieków istnienia człowieka" zapewne nic by nie pomógł w kontakcie z maszyną, rzeczą w pewnym sensie "nie z tego świata", stworzoną od zera przez ludzi. Do tego samochód jest rzeczą, która odgrywa jakąś rolę w życiu człowieka zaledwie od kilkudziesięciu lat. Inaczej niż koń.

Jak jednak szybko zauważyłem, Natura i maszynę musi sobie jakoś oswoić. Jak? I co to ma wspólnego z koniem?

Wiadomo bowiem, że o konia trzeba było dbać. Zatem budowało się mu stajnię, zapewniało pożywienie i pilnowało rozwoju fizycznego. Takie zwierzę stopniowo stawało się "oczkiem w głowie" szczęśliwego właściciela. No i czy nie inaczej jest dzisiaj? Bo przecież nie zmieniło się nic, poza jednym szczegółem - zmienił się obiekt. Konia zastąpił samochód. Człowiek, od tysięcy lat żyjący razem ze zwierzętami, teraz przelał swoje uczucia na maszyny. O to mi chodziło, gdy mówiłem o "oswojeniu" samochodu przez naturę.

Przykład garażowej "trójki"
Codziennie popołudniową porą wszystkie garaże w Tczewie zapełniają się małymi grupkami mężczyzn, którzy naradzają się nad samochodami jak konsylia lekarskie nad łóżkami pacjentów. Z wnętrz garaży dobiegają dźwięki typowe dla hut lub kopalni, a nie dla pomieszczeń 2 na 3 metry kwadratowe. Spomiędzy uchylonych wrót przebija się błękitne światło spawarek. "Bractwa garażowe" rozwiązują się dopiero późną nocą, by zawiązać ponownie popołudniu następnego dnia.

Jakże ci mężczyźni przypominają swoich dziadków, którzy, jak chłopcy z opowiadania Steinbecka, gromadzili się w stajni kolegi, by obejrzeć jego pupila!


Siła wielowiekowych tradycji!

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego

Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

wtorek, 24 maja 2011

EMOCJE

Grupa amerykańskich żołnierzy wzięła udział w ochotniczej szarży na stanowisko wroga. Operacja była bardzo niebezpieczna, nieomal samobójcza, i zakończyła się oczywiście porażką. Wydawałoby się, że po tym, jak ledwo uszli z życiem, żołnierze nie będą już tak skorzy do dobrowolnego narażania się i nie spróbują ponownie pod dowództwem młodego kapitana Gaffa zaatakować japońskiego bunkra.

Oddajmy zatem głos znanemu nam już Johnowi Bellowi:

„Rzecz dziwna, nie było ani jednego, który by nie chciał z nim pójść (…). Nawet John Bell chciał pójść, tak samo jak inni. Wszystko automaty. Co to jest? Dlaczego? Bell nie miał pojęcia. Czym była ta osobliwa, masochistyczna, samoniszcząca cecha w nim samym, która sprawiała, że pragnął wyjść na otwarte, wystawić się na niebezpieczeństwo i ogień maszynowy tak jak wtedy za pierwszym razem przy zagłębieniu?” (283)

Niestety, John Bell nie daje nam prostej odpowiedzi na to pytanie. Za to robi coś znacznie bardziej intrygującego – przywołując wspomnienie seksualnego wybryku z dzieciństwa, porównuje emocje towarzyszące polu bitwy do emocji seksualnych:

„(...) John Bell zatrzymał się i zapatrzył, przeszyty nagłym objawieniem. A tym objawieniem, które wywołały dawne wspomnienia i które musiał sobie uświadomić, było, że jego zgłoszenie się na ochotnika, wspięcie się do zagłębienia za pierwszym razem, a nawet uczestnictwo w nieudanym natarciu – wszystko to w jakiś sposób, którego nie potrafił całkowicie zrozumieć, było seksualne, równie i bardzo podobnie seksualne jak tamten epizod z dzieciństwa przy żwirowej drodze. (…) Czy to możliwe, że wszelka wojna jest w gruncie rzeczy seksualna? Nie tylko w jakiejś psychologicznej teorii, ale faktycznie, rzeczywiście i emocjonalnie? Jakieś seksualne zboczenie? Czy kompleks seksualnych zboczeń?” (284)

Bez wątpienia, dla obu tych sytuacji wspólna jest ta siła emocji, doznań, ten dreszczyk podniecenia, podjęcie ryzyka, zapamiętanie w tym, co się robi, rozkoszowanie się działaniem adrenaliny. Tak postawiwszy sprawę, można niewątpliwie uznać za coś dorównującemu emocjom seksualnym, jeżeli ktoś naraża się po to jedynie, by poczuć płynącą z tego przyjemność i w tym rozkoszowaniu się uczuciem przyjemności nie dbać o konsekwencje, o możliwość zapłacenia życiem za chwilę podniecenia.

To był już ostatni cytat z „Cienkiej czerwonej linii”, przynajmniej ostatni, który mnie zaciekawił wymową swojej treści. Z pewnością ktoś mógłby wskazać inne, bo każdy ma w końcu odmienną osobowość i co innego wzbudza jego zainteresowanie. Wcale jednak nie martwi mnie, że nie odkryłem wszystkich. Bardziej martwiłbym się, gdyby ktoś po przeczytaniu poniższych postów na temat „Cienkiej czerwonej linii” nie zechciał sięgnąć do książki.

Cytaty pochodzą z książki: James Jones „Cienka czerwona linia” Wydawnictwo Vis-a-vis/Etiuda, Kraków 2008 w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego

niedziela, 8 maja 2011

MIT RYWALIZACJI NARODÓW

Narodowościowa retoryka narasta zwłaszcza w okresie wojennym. Ludzie syceni są nienawiścią do innych narodów, łudzeni mirażem wielkości swojego państwa. O propagandzie wojennej było już w Dzienniku Lektury.

Sięgnijmy do kolejnego fragmentu „Cienkiej czerwonej linii”:

„Reakcją młodego Fife'a (choć nie powiedział ani słowa) był strach, niedowierzanie, a w końcu ogromna zgroza (…), że stworzenia, które mówią jakimś językiem, chodzą na dwóch nogach, noszą ubrania, budują miasta i twierdzą, że są istotami ludzkimi, mogą traktować siebie nawzajem z takim szatańskim, zwierzęcym okrucieństwem. Najwyraźniej jedynym sposobem ostania się na tym świecie tak zwanej ludzkiej kultury, którą stworzyliśmy i z której czujemy się tacy dumni, jest być bardziej niegodziwym, podłym i okrutnym od tych, z którymi się stykamy.” (160-161)

Wydarzeniem, które tak wytrąciło z równowagi kaprala Fife'a i jego kolegów, było znalezienie sprofanowanych przez Japończyków zwłok amerykańskich żołnierzy. Trudno o lepszy przykład spowodowanego przez państwową propagandę fanatyzmu niż ten barbarzyński czyn.

Ale to nie na nim chcę się skupić. Lepiej zawsze sięgać przyczyn, także u obu stron konfliktu.

Gdy prześledziłem sposób myślenia Fife'a, zdumiony byłem jego akceptacją dla rywalizacji państw, dla konieczności prowadzenia wojen. Jego myśli są co prawda gorzkie, biorą się najpewniej z rezygnacji, ale wyczuwam w nich pogodzenie ze stanem rzeczy.

Są to jego prywatne myśli, refleksje, wnioski. Dostrzegam w nich jednak wpływ wojennej retoryki. Dlaczego bowiem Fife uznaje walkę za element cywilizacji?

A teraz drugi fragment, umiejscowiony 200 stron dalej:

„Storm, tak jak i on (Stein), wiedział, że o wiele, wiele więcej ludzi przeżyje tę wojnę, niż na niej zginie, i że gdy tylko wojna się skończy, wszystkie kraje biorące w niej udział zaczną pomagać sobie wzajemnie i znowu się przyjaźnić, z wyjątkiem poległych.” (376)

Nie mniej gorzkie myśli niż poprzednio. Jakże jednak inne w swej treści: obaj panowie uznają, że współpraca narodów jest nie tylko możliwa, ale i że na pewno do niej dojdzie.

Fife i japońscy żołnierze zostali więc przez propagandę okrutnie oszukani.

Ale i tak mniej od tych, którzy polegli za kłamstwo.

niedziela, 24 kwietnia 2011

OBŁUDA HISTORII

W „Cienkiej czerwonej linii” rozważania na temat historii snuje kapitan Stein, były dowódca kompanii C (pozbawiony dowodzenia ze względu na sprzeciw wobec rozkazu do natarcia). Żyje on w cieniu legendy swojego ojca, majora z I Wojny Światowej.

Oto co stwierdza:

„Ludziom zmieniały się ich wojny z biegiem lat, które następowały po ich stoczeniu. Była to stara sprawa: uwierzę w twoje kłamstwa o sobie, jeżeli uwierzysz w moje kłamstwa o mnie. Historia. Stein teraz wiedział, że jego ojciec kłamał. Albo jeśli nie kłamał, to wyolbrzymiał” (375).

Wielokroć słyszymy o bohaterskich czynach dokonanych na wojnie, o wprost niebywałym heroizmie i poświęceniu żołnierzy. Można nawet odnieść wrażenie, że wojna to wspaniały czas. Oczywiście pod warunkiem, że konflikt już został zakończony.

Wszystko co już dawno minęło wydaje się lepsze niż teraźniejszość. Wydarzenia z przeszłości wspomina się zawsze z nostalgią. Niestety, pamięć ludzka jest zawodna i wiele doświadczeń ulega zatarciu. Konfrontacja takiej zatartej (wybiórczej) przeszłości z ciągle żywą codziennością za każdym razem musi wypadać na niekorzyść tej drugiej.

Dobrze jest czytać w podręcznikach historii o wielkich zwycięstwach, bohaterskich szarżach i śmiałych posunięciach taktycznych, gdy nie zawsze pamięta się o bezmiarze ludzkiej krzywdy, śmierci i kalectwie.

Jak można przeczytać w powyższym cytacie, często winą za „ubarwianie historii” można obarczyć samych weteranów, którzy wolą kreować się na bohaterów, a nie mówić o swoim strachu i wątpliwościach. Jest to przedłużenie tej obłudy, o której było w „Obłudzie u Jamesa Jonesa". Co gorsza, staje się ona powszechnie przyjęta (jakże często dzieci bawią się w wojnę, nawet nie domyślając się jej prawdziwego charakteru!)

Na wojnach są oczywiście prawdziwi bohaterowie, są odważne czyny. To wcale nie oznacza jednak, że wojna jest czymś wspaniałym i upragnionym. Jest w niej też wiele miejsca dla bardziej powszechnych ludzkich zachowań: strachu, cynizmu i głupoty.

Przeraża to, że na złą stronę wojny spuszczają zasłonę ci, którzy ją przeżyli i powinni więcej rozumieć:

„Ze swymi bojowymi wstążeczkami i medalami powinien był dobrze dać sobie radę. Mógł wypaść o wiele gorzej. A gdyby nawet ścigała go plotka, nikt by mu o tym nie wspomniał, bo wszystko to należało do wielkiej konspiracji. Dopóki zaś współdziała się z konspiracją... z tą wielką konspiracją historii..." (375).

Cytaty pochodzą z książki: James Jones „Cienka czerwona linia” Wydawnictwo Vis-a-vis/Etiuda, Kraków 2008 w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego

czwartek, 14 kwietnia 2011

WOJNA I PAŃSTWO

W Dzienniku Lektury było już o zakłamaniu, w którym żyją żołnierze. W tamto zakłamanie wprawili się sami. Jego kolejny przykład, tym razem fundowany przez państwo, dostarcza „Cienka czerwona linia”:

„A im się wydaje, że są ludźmi! (…) Zdaje im się, że podejmują decyzję, kierują własnym życiem i dumnie nazywają siebie wolnymi, indywidualnymi jednostkami ludzkimi. A prawda wygląda tak, że są tutaj i mają tu zostać, dopóki państwo, za pośrednictwem jakiegoś innego automatu, nie każe im iść gdzie indziej, i wtedy pójdą. Ale pójdą swobodnie, z własnej, nieprzymuszonej woli i wyboru, ponieważ są wolnymi, indywidualnymi istotami ludzkimi” (275).

James Jones, opisując ten sposób myślenia, demaskuje propagandę, którą posługuje się państwo. Rząd za pomocą różnych środków buduje presję na ludziach, wzmagając u nich uczucia patriotyczne. Przez to żołnierze czują się osobiście zaangażowani w sprawy kraju i „z własnej woli” chcą walczyć z wrogiem. Propaganda ma uczynić z nich „twardych, złych, do gruntu cynicznych żołnierzy piechoty (…) którzy co do jednego nienawidziliby Japończyków za to, że istnieją” (351).

Wielką zasługą podobnych książek jest zwrócenie uwagi na dramat wojny w węższym ujęciu – widzianą oczami pojedynczego żołnierza. Dzisiaj na szczęście taki punkt widzenia wydaje się dość powszechny. Dawniej jednak patrzano na wojnę w szerszym ujęciu – interesów zbiorowości, państwa. Jeżeli przyjmiemy taki punkt widzenia, wojna może wydać się uzasadniona – wszak Stany Zjednoczone zostały przez Japonię zaatakowane, miały prawo do obrony!

Pozostawiając na boku kwestię czy niektóre wojny mogą być usprawiedliwione, trzeba podkreślić, że dla ich prawdziwych uczestników (żołnierzy, cywilów) są one tylko i wyłącznie źródłem cierpienia, a machina propagandowa, która czyni z ludzi maszyny, ogłupia, nakazuje brak szacunku dla przeciwników, godna jest jedynie potępienia.

Cytaty pochodzą z książki: James Jones „Cienka czerwona linia” Wydawnictwo Vis-a-vis/Etiuda, Kraków 2008 w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego

piątek, 11 marca 2011

WOJNA I LUDZIE

„Cienka czerwona linia” Jamesa Jonesa odpowiada na jedno z podstawowych pytań: co wojna zmienia w umysłach jej uczestników?

Na początku walki żołnierze odczuwają trudny do opanowania, paraliżujący strach przed śmiercią. A co gdy nabiorą więcej doświadczenia? Oddajmy głos Bellowi, jednemu z bohaterów książki:

„Nie dbał o nic w ogóle. Wyczerpanie, głód, pragnienie, brud, znużenie ciągłym strachem, osłabienie z powodu braku wody, potłuczenia, niebezpieczeństwo – wszystko to tak mu się dało we znaki, że gdzieś w ostatnich paru minutach – Bell nie wiedział dokładnie kiedy – przestał się czuć człowiekiem. Tyle różnych uczuć z niego wyciekło, że jego emocjonalny rezerwuar był pusty.” (str. 274)

Często potępia się żołnierzy, że podczas działań zbrojnych zrobią coś nieetycznego z punktu widzenia ludzi żyjących na co dzień w bezpiecznych miastach, w otoczeniu swoich rodzin. Nie rozumieją, że wojna to zupełnie inna rzeczywistość, poddająca umysł człowieka ekstremalnym próbom. Postępowania żołnierzy nie sposób ocenić kategoriami z czasu pokoju. Nie próbuję w żaden sposób relatywizować popełnionych przez nich zbrodni – chcę jedynie pokazać, że nie należy traktować ich nazbyt surowo. Najsilniejszym instynktem, które towarzyszy w takich chwilach człowiekowi jest mimo wszystko pragnienie przeżycia za wszelką cenę. Oceniając ich pamiętajmy o tym.

Cytaty pochodzą z książki: James Jones „Cienka czerwona linia” Wydawnictwo Vis-a-vis/Etiuda, Kraków 2008 w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego

poniedziałek, 28 lutego 2011

OBŁUDA U JAMESA JONESA

„Cienka czerwona linia” jest o wojnie, lecz nie o wojnie chcę pisać, bo moją uwagę podczas lektury zwrócił fragment mówiący o czymś zupełnie innym, mającym zastosowanie nie tylko podczas wojny.

Oto on:

„Doll nauczył się czegoś w ciągu minionych sześciu miesięcy swojego życia. Nauczył się głównie tego, że każdy żyje jakąś wybraną fikcją. Nikt w gruncie rzeczy nie jest taki, jak udaje. Każdy wymyśla jakąś fikcyjną opowieść o sobie, a potem po prostu udaje przed wszystkimi, że jest właśnie taki. I wszyscy mu wierzą, albo przynajmniej akceptują tę jego opowieść.” (str. 25)

Fragment ten stanowi interesujące studium ludzkiego zachowania. Rzeczywiście, bardzo często jest tak, że usiłujemy zamaskować kompleksy zachowaniem idealnie odwrotnym, czyli w ten sposób, by drugi człowiek nawet się nie domyślił, że je mamy. Prowadzi to do rezygnacji z naturalnego zachowania, naturalnych odruchów, a odgrywania wymyślonej i zgoła nieprawdziwej roli.

To z kolei prowadzi do wytworzenia nieprawdziwego obrazu nas u innych, którzy często zaczynają nas podziwiać za cechy, których nie mamy, które tylko pozorujemy i które stanowią jedynie element wybranej przez nas roli:

„Kiedy Doll był młodszy, wierzył we wszystko, co ktoś mu mówił o sobie. I nie tylko mówił, bo najczęściej ludzie nie mówili, ale pokazywali. (…) Odgrywali coś, co chcieli, żeby o nich myślano, tak jakby naprawdę byli tacy. Kiedy Doll widział kogoś, kto był odważny, kto był czymś w rodzaju bohatera, naprawdę wierzył, że nim jest. I oczywiście przez to Doll czuł się nic nie wart, bo wiedział, że sam nigdy nie potrafi być taki.” (str. 25-26)

Ale część ludzi zaczyna nas naśladować, rozpoczynając odgrywanie własnej roli. W ten sposób rozkręca się niekończąca się spirala obłudy.

Czasami odgrywanie roli rodzi problemy:

„(...) w kompanii C wytworzył się wokół niego mit. I z chwilą kiedy Queen wreszcie to odkrył (…), starał się – z dziwnym, radosnym poczuciem, że nareszcie odnalazł swoją tożsamość – czynić wszystko, co potrafił, aby podtrzymać tę opinię. (…) Pamiętanie o tym, jak ma postępować, wymagało od Queena wiele czasu i energii. Stwierdził, że musi myśleć prawie przez cały czas.” (71-72)

Cytaty pochodzą z książki: James Jones „Cienka czerwona linia” Wydawnictwo Vis-a-vis/Etiuda Kraków 2008 w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego


Zapraszam do lektury!