wtorek, 31 maja 2011

GENEZA BRACTW GARAŻOWYCH

"Kasztanek" Johna Steinbecka, pomimo surowości w kreowaniu obrazu Południa Stanów Zjednoczonych, jest opowiadaniem przeznaczonym dla dzieci. Nie zrażajmy się tym jednak, bo już na piętnastej stronie znaleźć można frapujący fragment.

Jody dostał od swojego ojca, właściciela rancza, cudowny prezent - kucyka. Interesujący mnie fragment dotyczy sytuacji, kiedy chłopiec zaprosił kolegów ze szkoły, by razem z nim go obejrzeli:

"Tysiąc wieków istnienia człowieka wpoiło w nich podziw. Podziw pieszego dla jeźdźca. Instynktem wyczuwali, że człowiek na koniu jest duchowo i fizycznie silniejszy od człowieka stojącego na ziemi. Cudowne zdarzenie wyniosło Jody'ego ponad nich." (15)

Garaż otwiera swoje podwoje...
Czytając te słowa, nie mogłem powstrzymać się od zadumy nad tym, jakie myśli w tych chłopcach wywołałby widok samochodu. Instynkt, wyrobiony przez "tysiąc wieków istnienia człowieka" zapewne nic by nie pomógł w kontakcie z maszyną, rzeczą w pewnym sensie "nie z tego świata", stworzoną od zera przez ludzi. Do tego samochód jest rzeczą, która odgrywa jakąś rolę w życiu człowieka zaledwie od kilkudziesięciu lat. Inaczej niż koń.

Jak jednak szybko zauważyłem, Natura i maszynę musi sobie jakoś oswoić. Jak? I co to ma wspólnego z koniem?

Wiadomo bowiem, że o konia trzeba było dbać. Zatem budowało się mu stajnię, zapewniało pożywienie i pilnowało rozwoju fizycznego. Takie zwierzę stopniowo stawało się "oczkiem w głowie" szczęśliwego właściciela. No i czy nie inaczej jest dzisiaj? Bo przecież nie zmieniło się nic, poza jednym szczegółem - zmienił się obiekt. Konia zastąpił samochód. Człowiek, od tysięcy lat żyjący razem ze zwierzętami, teraz przelał swoje uczucia na maszyny. O to mi chodziło, gdy mówiłem o "oswojeniu" samochodu przez naturę.

Przykład garażowej "trójki"
Codziennie popołudniową porą wszystkie garaże w Tczewie zapełniają się małymi grupkami mężczyzn, którzy naradzają się nad samochodami jak konsylia lekarskie nad łóżkami pacjentów. Z wnętrz garaży dobiegają dźwięki typowe dla hut lub kopalni, a nie dla pomieszczeń 2 na 3 metry kwadratowe. Spomiędzy uchylonych wrót przebija się błękitne światło spawarek. "Bractwa garażowe" rozwiązują się dopiero późną nocą, by zawiązać ponownie popołudniu następnego dnia.

Jakże ci mężczyźni przypominają swoich dziadków, którzy, jak chłopcy z opowiadania Steinbecka, gromadzili się w stajni kolegi, by obejrzeć jego pupila!


Siła wielowiekowych tradycji!

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck "Kasztanek.Perła", Czytelnik, Warszawa 1965 w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego i Juliusza Kydryńskiego

Książkę przeczytałem dzięki projektom NZS UG: "Czytelnia" i "EkoŻak"

wtorek, 24 maja 2011

EMOCJE

Grupa amerykańskich żołnierzy wzięła udział w ochotniczej szarży na stanowisko wroga. Operacja była bardzo niebezpieczna, nieomal samobójcza, i zakończyła się oczywiście porażką. Wydawałoby się, że po tym, jak ledwo uszli z życiem, żołnierze nie będą już tak skorzy do dobrowolnego narażania się i nie spróbują ponownie pod dowództwem młodego kapitana Gaffa zaatakować japońskiego bunkra.

Oddajmy zatem głos znanemu nam już Johnowi Bellowi:

„Rzecz dziwna, nie było ani jednego, który by nie chciał z nim pójść (…). Nawet John Bell chciał pójść, tak samo jak inni. Wszystko automaty. Co to jest? Dlaczego? Bell nie miał pojęcia. Czym była ta osobliwa, masochistyczna, samoniszcząca cecha w nim samym, która sprawiała, że pragnął wyjść na otwarte, wystawić się na niebezpieczeństwo i ogień maszynowy tak jak wtedy za pierwszym razem przy zagłębieniu?” (283)

Niestety, John Bell nie daje nam prostej odpowiedzi na to pytanie. Za to robi coś znacznie bardziej intrygującego – przywołując wspomnienie seksualnego wybryku z dzieciństwa, porównuje emocje towarzyszące polu bitwy do emocji seksualnych:

„(...) John Bell zatrzymał się i zapatrzył, przeszyty nagłym objawieniem. A tym objawieniem, które wywołały dawne wspomnienia i które musiał sobie uświadomić, było, że jego zgłoszenie się na ochotnika, wspięcie się do zagłębienia za pierwszym razem, a nawet uczestnictwo w nieudanym natarciu – wszystko to w jakiś sposób, którego nie potrafił całkowicie zrozumieć, było seksualne, równie i bardzo podobnie seksualne jak tamten epizod z dzieciństwa przy żwirowej drodze. (…) Czy to możliwe, że wszelka wojna jest w gruncie rzeczy seksualna? Nie tylko w jakiejś psychologicznej teorii, ale faktycznie, rzeczywiście i emocjonalnie? Jakieś seksualne zboczenie? Czy kompleks seksualnych zboczeń?” (284)

Bez wątpienia, dla obu tych sytuacji wspólna jest ta siła emocji, doznań, ten dreszczyk podniecenia, podjęcie ryzyka, zapamiętanie w tym, co się robi, rozkoszowanie się działaniem adrenaliny. Tak postawiwszy sprawę, można niewątpliwie uznać za coś dorównującemu emocjom seksualnym, jeżeli ktoś naraża się po to jedynie, by poczuć płynącą z tego przyjemność i w tym rozkoszowaniu się uczuciem przyjemności nie dbać o konsekwencje, o możliwość zapłacenia życiem za chwilę podniecenia.

To był już ostatni cytat z „Cienkiej czerwonej linii”, przynajmniej ostatni, który mnie zaciekawił wymową swojej treści. Z pewnością ktoś mógłby wskazać inne, bo każdy ma w końcu odmienną osobowość i co innego wzbudza jego zainteresowanie. Wcale jednak nie martwi mnie, że nie odkryłem wszystkich. Bardziej martwiłbym się, gdyby ktoś po przeczytaniu poniższych postów na temat „Cienkiej czerwonej linii” nie zechciał sięgnąć do książki.

Cytaty pochodzą z książki: James Jones „Cienka czerwona linia” Wydawnictwo Vis-a-vis/Etiuda, Kraków 2008 w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego

niedziela, 8 maja 2011

MIT RYWALIZACJI NARODÓW

Narodowościowa retoryka narasta zwłaszcza w okresie wojennym. Ludzie syceni są nienawiścią do innych narodów, łudzeni mirażem wielkości swojego państwa. O propagandzie wojennej było już w Dzienniku Lektury.

Sięgnijmy do kolejnego fragmentu „Cienkiej czerwonej linii”:

„Reakcją młodego Fife'a (choć nie powiedział ani słowa) był strach, niedowierzanie, a w końcu ogromna zgroza (…), że stworzenia, które mówią jakimś językiem, chodzą na dwóch nogach, noszą ubrania, budują miasta i twierdzą, że są istotami ludzkimi, mogą traktować siebie nawzajem z takim szatańskim, zwierzęcym okrucieństwem. Najwyraźniej jedynym sposobem ostania się na tym świecie tak zwanej ludzkiej kultury, którą stworzyliśmy i z której czujemy się tacy dumni, jest być bardziej niegodziwym, podłym i okrutnym od tych, z którymi się stykamy.” (160-161)

Wydarzeniem, które tak wytrąciło z równowagi kaprala Fife'a i jego kolegów, było znalezienie sprofanowanych przez Japończyków zwłok amerykańskich żołnierzy. Trudno o lepszy przykład spowodowanego przez państwową propagandę fanatyzmu niż ten barbarzyński czyn.

Ale to nie na nim chcę się skupić. Lepiej zawsze sięgać przyczyn, także u obu stron konfliktu.

Gdy prześledziłem sposób myślenia Fife'a, zdumiony byłem jego akceptacją dla rywalizacji państw, dla konieczności prowadzenia wojen. Jego myśli są co prawda gorzkie, biorą się najpewniej z rezygnacji, ale wyczuwam w nich pogodzenie ze stanem rzeczy.

Są to jego prywatne myśli, refleksje, wnioski. Dostrzegam w nich jednak wpływ wojennej retoryki. Dlaczego bowiem Fife uznaje walkę za element cywilizacji?

A teraz drugi fragment, umiejscowiony 200 stron dalej:

„Storm, tak jak i on (Stein), wiedział, że o wiele, wiele więcej ludzi przeżyje tę wojnę, niż na niej zginie, i że gdy tylko wojna się skończy, wszystkie kraje biorące w niej udział zaczną pomagać sobie wzajemnie i znowu się przyjaźnić, z wyjątkiem poległych.” (376)

Nie mniej gorzkie myśli niż poprzednio. Jakże jednak inne w swej treści: obaj panowie uznają, że współpraca narodów jest nie tylko możliwa, ale i że na pewno do niej dojdzie.

Fife i japońscy żołnierze zostali więc przez propagandę okrutnie oszukani.

Ale i tak mniej od tych, którzy polegli za kłamstwo.