wtorek, 6 grudnia 2011

Z CZEGO ŚWIĘCI LEPIĄ GARNKI?

Wiem, że przez krótki czas swojego istnienia, "Dziennik lektury" zyskał kilkoro wiernych Czytelników. Chciałbym więc skorzystać z okazji i podziękować im za czytanie postów i za wszystkie komentarze. Jednocześnie przepraszam za to, że ostatnio mam mniej czasu na dodawanie nowych. Wiem jednak z doświadczenia, że cierpliwość się opłaca, i nie inaczej będzie tym razem. Cytat, który chcę niżej przedstawić, jest chyba najlepszym, jaki do tej pory był w tym miejscu prezentowany.

Oddajmy zatem głos Jackowi Londonowi:

"Czy święci w niebie mogą być czym innym, jak wzorem czystości i piękna? Nie ma w tym ich zasługi. Ale zachować świętość w życiowym bagnie - oto co wzbudzać powinno wieczysty podziw! Dla tego samego warto żyć. Widzieć wielkość moralną powstającą z bagna nieprawości, powstać samemu i po raz pierwszy dostrzec obraz piękna, słaby jeszcze i odległy, przesłoniętymi błotem źrenicami; widzieć, jak z tej słabości, ułomności i przestępczości, z całej tej przepaści zbydlęcenia wyłania się siła, prawda i najwyższe duchowe wzloty."

Czyż to nie piękna wizja? Do mnie osobiście bardzo przemawia. Motyw samodoskonalenia się człowieka, który pokonuje swoje słabości i przełamuje schematy myślenia narzucone przez środowisko, z którego się wywodzi i z którym jest silnie związany, to chyba jeden z najpiękniejszych motywów stworzonych przez literaturę. Dlatego "Zmartwychwstanie" Tołstoja i "Martin Eden" Londona zajmują na mojej półeczce honorowe miejsce. Obie książki łączy jedno - wzruszenie, z którym czytałem zdania takie, jak zacytowany powyżej, świadczące o przemianie bohaterów, o tym, jak nagle odkrywają w sobie zło, które wcześnie akceptowali, ba, nawet nie zdawali sobie sprawy z jego istnienia. To jest zawsze piękne uczucie. Człowiek może dostrzec nagłą i wyraźną poprawę - wczoraj byłem zły, ale dziś jestem dobry.

Obie przekonują też o jednym: możliwości człowieka są nieograniczone. Czy Martin Eden, niewykształcony marynarz, może zostać wielkim intelektualistą? Oczywiście, że tak, wystarczy do tego upór, ciężka praca i wrodzona niezależność myślenia. No i Ruth... Ktoś może powiedzieć, że to czysta fikcja literacka, że takie rzeczy się nie zdarzają. Ale przecież London konstruując swojego bohatera czerpał z własnej biografii.

W "Dawno temu w Ameryce" jest scena, w której ulicznik ściska w ręku "Martina Edena". To świadczy, jak bardzo mit o tym, że nawet skazany na niedolę biedak może w życiu osiągnąć rzeczy niemożliwe, jest żywy w kulturze (abstrahując od tego, jaką drogę do tego celu obierają bohaterowie filmu).

A święci? Oni istnieją w roli witraży, posągów. Na cokołach, pod stropem świątyń. Nieosiągalni.

Cytat pochodzi z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki