niedziela, 23 grudnia 2012

UPADŁY PASTOR – CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ


Z pastorem Casym z „Gron gniewu” Johna Steinbecka spotkaliśmy się już, przy moim skromnym współudziale, w poście o znaczącym tytule „Upadły Pastor”. Wyjaśniłem już, na czym polegał i z czym się wiązał jego upadek, toteż czuję się zwolniony z obowiązku powtarzania tego w tym poście. Natomiast nie czuję się zwolniony z obowiązku opowiedzenia Wam (a tym, którzy już zdążyli przeczytać – przypomnienia) o dalszych losach pastora Casy’ego.

Casy, szukający swojego nowego miejsca w życiu, dostaje propozycję od rodziny Joadów (czyli jednej z tych rodzin, których bank pozbawił ziemi) udania się razem z nimi w podróż do Kalifornii – niemalże mitycznego miejsca, gdzie na każdego nędzarza z Oklahomy czeka połać ziemi, biały domek i dochodowa praca.

Casy na propozycję reaguje pozytywnie. Oto, jakie wyzwanie dla siebie widzi w podróży wraz z tysiącami poszukujących pracy:

„A teraz zdaje mi się, że wiem, co powinienem robić. Nie jestem pewien, czy potrafię wam to powiedzieć, i myślę, że nawet nie będę próbował… Ale kto wie, może znowu będę kaznodzieją. Może znów będę wygłaszał kazania. Ludzie opuszczeni na drogach, bez ziemi i bez domu… Musi się dla nich znaleźć jakiś dom. (86)

Były pastor zrealizuje swoje zamierzenie w bardzo specyficzny sposób, bo gdy Joadowie dotrą do Kalifornii i okaże się, że oprócz dorywczej pracy przy zbiorze bawełny za głodową pensję nie ma tam dla nich żadnego innego zajęcia, że są przeganiani z miejsca na miejsce przez wrogo nastawionych do „Oklaków” miejscowych i policjantów, były pastor przeobrazi się w działacza związkowego.

Ale zanim to nastąpi, Casy nad grobem dziadka Joada, który zmarł w trakcie podróży ze zgryzoty spowodowanej utratą swojego wieloletniego miejsca zamieszkania, wygłosi ostatnie „tradycyjne kazanie”:

„Ten oto sędziwy człowiek przeżył zwyczajnie życie i zwyczajnie je zakończył. Nie wiem, czy był dobry, czy zły, ale to nie ma znaczenia. Żył, i to tylko jest ważne. A teraz zmarł – i to jest nieistotne. Słyszałem kiedyś, jak ktoś, deklamując wiersz, wypowiedział takie słowa: „Wszystko, co żyje, jest święte”. Zacząłem się nad tym zastanawiać i wkrótce dojrzałem  w tym zdaniu coś więcej niż puste słowa. Nie będę się modlił za starca, który skonał. Jemu jest dobrze. Miał wypełnić swoje zadanie, lecz cel miał wytyczony i prowadzi do niego tylko jedna droga. Ale przed nami leży też zadanie, które musimy wykonać, i rozpościera się tysiąc dróg. Nie wiemy, którą wybrać. I gdybym miał się modlić, modliłbym się raczej za tych, którzy nie wiedzą, w którą zwrócić się stronę. Dla zmarłego dziadka wszystko jest jasne i proste. A teraz przysypcie go ziemią i niech spełni swoje zadanie.” (214)

Widać wyraźnie przemianę Casy’ego. To nie jest już pastor, który myśli o tym, żeby dusze jego owieczek w dalekiej przyszłości poszły do nieba, tylko ich opiekun „tu i teraz”, pomagający im w dokonywaniu bardziej prozaicznych, ale skomplikowanych życiowych wyborów.

Potem Casy zaczyna działać. Przekonuje setki robotników z Oklahomy, żeby nie konkurowali ze sobą, zgłaszając do właścicieli, że będą pracować za niższe pieniądze niż pozostali, bo w ten sposób obniżają ogólne stawki i sami nawzajem się wykańczają. Akcja Casy’ego zostaje oczywiście rozbita przez policję, a sam trafia do więzienia.

Na koniec dwie uwagi na temat roboty związkowej. Jedna smutna, druga pocieszająca:

„Znałem jednego gościa. Wpakowali go do więzienia wtedy, kiedy i ja tam siedziałem. Za to, że starał się założyć związek zawodowy. I założył, ale szpicle rozbili mu całą organizację. I wiecie co? Wysadzili go ci sami ludzie, którym chciał pomóc. Wyparli się go zupełnie. Bali się z nim pokazać (…) Tamten gość w więzieniu mówił: „Tak czy owak, człowiek robi, co może. O jednym tylko trzeba pamiętać: po każdym kroku naprzód można się cofnąć trochę, ale nigdy już człowiek nie cofa się na dobre” (569)

Wesołych Świąt życzę.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012 w tłumaczeniu Alfreda Liebfelda.

niedziela, 9 grudnia 2012

BYĆ CZY MIEĆ?


„Grona gniewu” Johna Steinbecka to książka osadzona w realiach amerykańskiego kryzysu lat trzydziestych. Chociaż tamten kryzys dotknął wiele grup społecznych, to Steinbeck skupił się na najbardziej dramatycznych jego ofiarach: farmerach. Z powodu gwałtownego spadku cen płodów rolnych nie są oni w stanie spłacić swoich zobowiązań, więc ich ziemia przechodzi na własność banku, a oni sami zmuszeni są zmienić się w wędrownych robotników.

Jeden z farmerów, patrząc, jak wynajęty przez bank traktorzysta zrównuje z ziemią jego gospodarstwo, pokusił się o taką refleksję:

„Dziwne to jakieś wszystko. Człowiek ma ziemi tyle, co kot napłakał, a przecież ta ziemia i on to jedno, to jakby kawałek jego samego, bo bez niej nie jest sobą. Kiedy ma ziemi tylko tyle, że może po niej chodzić, uprawiać ją własnymi rękami, frasować się, kiedy coś nie dopisze, radować, kiedy deszczu jest dosyć, wtedy ta własna ziemia to on sam i przez to czuje się jakoś większy, bo przecież to własny kawałek gruntu. I niechby mu nawet nie bardzo się wiodło, to i tak czuje się pewniej. Tak to już jest.” (59)

Trudno w pełni pojąć te słowa mieszczuchowi (z małego miasta, ale zawsze!). Ale spróbuję. Jeżeli człowiek ma mieszkanie, czy choćby mały pokoik, i coś w nim zrobił, na przykład pomalował ściany, wymienił okna, itd. itp., to rzeczywiście staje mu się przez to bliższy, chociażby poprzez nakład pracy, który weń włożył. A dla farmera jego ziemia jest miejscem codziennej pracy. On czuje się jakby „dobrym opiekunem” tej ziemi, czymś w rodzaju jej dobrotliwego władcy.

A teraz oddam znowu głos farmerowi, bo prawi, jak być nie powinno:

„Ale niech ma posiadłość, której nigdy na oczy nie oglądał i nie przyłożył do niej ręki ani po niej nie chodził, wtedy majątek bierze górę nad człowiekiem. Nie robi on już wtedy tego, co chce, ani nie myśli tak, jak chce. Ten majątek jest wówczas panem silniejszym od niego. A człowiek staje się mały. Tylko jego dobra są wielkie, a on jest ich sługą. Tak to już jest.” (59)

Tak to już jest. Zauważyliście różnicę? Tam, w małym gospodarstwie, to właściciel jest panem, a w wielkim latyfundium zamiast być jeszcze potężniejszym panem, jest tylko sługą. Różnica polega na tym, że tamten bogacz żadnej pracy ani miłości w swoją ziemię nie włożył. To tak jakby Ojciec Wergiliusz napłodził sto dwadzieścia troje dzieci i ich nie kochał. Co z tego, że tyle ich ma, gdy ich nie kocha?

To co zmusza bogacza, żeby kupował tyle ziemi? Czy lubi być niewolnikiem? Pozwólcie, że przekartkuję 300 stron i przejdę do słów byłego pastora Casy’ego (o pastorze Casym pisałem tutaj), który mówi o pewnym potentacie medialnym, który nabył milion akrów ziemi i otoczył ją strażnikami:

„Jeśli potrzebuje aż miliona akrów, żeby czuć się bogaty, to chyba dlatego, że czuje się wewnętrznie strasznie ubogi. A jeżeli jest ubogi duchowo, to nawet milion akrów nie da mu poczucia bogactwa. I może właśnie dlatego jest zawiedziony, że cokolwiek by zrobił, nie jest w stanie poczuć się bogatszy.” (305-306)

Tak to już jest.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012 w tłumaczeniu Alfreda Liebfelda.

wtorek, 20 listopada 2012

UPADŁY PASTOR


Lubię książki Johna Steinbecka. Oprócz „Kasztanka i Perły”, o której pisałem już na tym blogu, mam za sobą także „Na wschód od Edenu”, „Pastwiska niebieskie” i „Grona gniewu”. Nieodmiennie urzekały mnie nakreślane przez niego urokliwe pejzaże Południa Stanów Zjednoczonych, i nawet przebijające się przez nie pełne naturalizmu opisy niełatwego życia farmerów nie były w stanie pokonać mojego marzenia, żeby chwycić w dłonie widły i zagłębić się w niekończące się pola kukurydzy i tytoniu.

Steinbeck w swoich książkach ze znawstwem tematu nakreśla urzekające portrety zbiorowe amerykańskich farmerów. Z tej całej galerii postaci pragnąłbym dzisiaj wyłuskać postać pastora Casy’ego, jednego z bohaterów „Gron gniewu”.

Pastor ów ma bardzo poważny problem:

„Teraz jestem po prostu Jim Casy. Straciłem powołanie. Mam dużo grzesznych myśli, ale wydają mi się wcale rozsądne.” (34).

A o jakiż to grzechach prawi ojciec Casy? Oto opis jednego z nabożeństw:

„Wiecie, często doprowadzałem ludzi do tego, że skakali, gadali i wykrzykiwali na chwałę bożą, a potem jeden po drugim przewracali się na ziemię bez zmysłów. Niektórych chrzciłem, aby przywrócić ich do przytomności. A potem… Wiecie, co potem robiłem? Zabierałem którąś z dziewczyn i pokładałem się z nią w trawie. I to za każdym razem.” (36)

Jeszcze jedna ciekawa wypowiedź:

„I tak sobie wymedytowałem: zaznałeś, człowieku, łaski głoszenia słowa bożego, ale łaska przenika ludzi tak mocno, że skaczą i drą się wniebogłosy. Spać w trawie z dziewczyną to ponoć diabelska sprawa. A przecież dziewczyna tym bardziej chce pójść w trawę, im więcej czuje w sobie łaski bożej. I przyszło mi do głowy – co, do jasnej cholery… przepraszam! jakim cudem diabeł może wstąpić w dziewczynę, kiedy jest w niej tak pełno Ducha Świętego, że się jej wprost uszami i nosem przelewa.” (37)

No i konkluzja:

„A może to i nie grzech. Może już tacy ludzie są. Może na darmo wypędzamy z siebie diabła batem. (…) Nie ma grzechu i nie ma cnoty. Jest tylko to, co ludzie robią. I wszystko, co robią, jest ludzkie. Czasem to, co robią, jest ładne, czasem jest brzydkie, ale tylko tyle ma się prawo o tym powiedzieć” (39)

„Grona gniewu” to najbardziej wyrazista ideologicznie książka Steinbecka, jaką do tej pory przeczytałem. Pisarz wyraźnie opowiada się w niej po jednej światopoglądowej stronie (chociaż chiński sługa w „Na wschód od Edenu” dochodzi do podobnych wniosków na temat moralności co Casy, kiedy odszyfrowuje znaczenie biblijnej przypowieści o Kainie i Ablu).

Wnioski Casy’ego coś mi przypominają. Przypominają mi to, co w telewizji, radiu i prasie mówi się nam o liberalnej demokracji, w której obecnie funkcjonujemy. Nie wolno nam nikogo oceniać, ani piętnować niczyjego zachowania. Powtarza się, że człowiek sam, we własnym sumieniu, powinien rozważyć, czy robi dobrze czy źle. Nie można nikogo oceniać, bo nie ma jednej, wspólnej dla wszystkich moralności. Ksiądz ma osobną moralność, złodziej ma osobną moralność. I jeżeli pastor Casy nie czuje się źle, lub nie chce czuć się źle, z tym, że „pokłada się w trawie z dziewczynami”, to nie ma żadnego problemu i nikt nie ma prawa go potępiać.

Dalej będziemy zagłębiać się w potworności wielkiego kryzysu lat ’30 i poznamy poglądy Johna Steinbecka na temat amerykańskiego kapitalizmu, co na pewno znowu przypomni nam współczesną dyskusję na temat naszego kryzysu.

Zostańcie z nami!

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012 w tłumaczeniu Alfreda Liebfelda.

niedziela, 4 listopada 2012

OSZCZĘDZAĆ CZY WYDAWAĆ?

                        Stryj John i jego wieprzek
Nie czytajcie tego posta przed obiadem! Zdecydowanie lepiej będzie się Wam wchodziło w rubaszne klimaty, godne „Gargantuy i Pantagruela”, z pełnym żołądkiem…

Na razie nie będziemy zajmować się dziełem Francoisa Rabelais’go. Okazuje się jednak, że podobne klimaty możemy znaleźć w „Gronach gniewu” Johna Steinbecka (dziękując przy okazji Wydawnictwu Prószyński i Sp-ka za wznowienie).

Wybrany przeze mnie fragment książki to dialog pomiędzy Tomem Joadem, który powrócił właśnie w rodzinne strony po odsiadce w więzieniu McAlester, a „upadłym” pastorem Casym (na czym polegał jego upadek obiecuję wyjaśnić Wam za dwa tygodnie). W pewnym momencie dysputa zahacza o Johna, stryja Toma, i pewnego nieznanego Historii wieprzka, którego stryj Tom dostał w zamian za parę rolek drutu.

Poniższy fragment traktujcie jako instrukcję poglądową, jak należy postępować z wieprzkami:

– Co wyprawiał? Oho! Wieprzka zarżnął na miejscu i uprosił matkę, żeby rozpaliła ogień pod kuchnią. Powycinał kotlety, pokładał je na patelni, a żeberka i jedną nogę wsadził do piecyka. Kotlety żarł tak długo, póki się żeberka nie upiekły, a żeberka zdążył wrąbać, zanim upiekła się szynka. Wtedy zabrał się do szynki. Krajał wielkie kawały i pakował do gęby. Nam. dzieciakom, ślinka ciekła i stryj dał nam trochę, ale ojcu nic. W końcu tak się chłop obżarł, że porzygał się i poszedł spać. Kiedy już zasnął, tośmy z ojcem wykończyli szynkę. Nad ranem stryj się budzi, i lu! – drugą szynkę do piecyka. Ojciec powiada: „John, chcesz zeżreć całego wieprzka?”. A stryj na to: „Chcę, tylko się boję, że nie dam rady. Lubię wieprzowinę, ale zanim wrąbię wszystko, część może się zepsuć. Weź trochę, ale oddasz mi za to dwie rolki drutu”. No, ale ojciec był nie w ciemię bity. Wolał zaczekać, aż stryj opchnie tyle, że mu się na rzyganie zborze. I rzeczywiście, stryj wysiadł, zanim dojechał do połowy wieprzaka. Ojciec powiada: „Czemu nie zasolisz reszty?”. Ale stryj John był już taki: Jak chciał wieprzka, to całego, a jak mu się odechciało, to nie mógł patrzeć na wieprzowinę. Machnął ręką na resztę, a ojciec wziął ją zasolił.
– Dawniej, kiedy miałem w sobie ducha kaznodziei, wyciągnąłbym z tego naukę i wygłosił ją wam na kazaniu, ale już się tym nie zajmuję – powiedział Casy.” (48)

Zanim ja obudzę w sobie „ducha kaznodziei” i roztoczę nad Wami „smrodek dydaktyczny” właściwy dla tego bloga, proponuję dla kontrastu posłuchać jeszcze, co z wieprzkiem zrobiłby ojciec Toma (który zresztą również nazywa się Tom):

„Nie znacie ojca. Gdy zabije kurczaka, to sam lamentuje więcej od kurczęcia. Taki już jest. Zawsze oszczędza świnię na Boże Narodzenie, a ona zdycha we wrześniu ze wzdęcia lub na jakąś zarazę, tak że nie można jej zjeść.” (49)

No wiec jak: czy warto oszczędzać czy może lepiej przeżerać swoje dobara na bieżąco jak czynił to stryj John? Trudno się odpędzić od myśli, że w obu przypadkach wieprzek po prostu został zmarnowany.

O tym, czy warto oszczędzać, niech najlepiej powiedzą ci, którzy przeżyli w 1992 roku ogłoszenie przez Polskę bankructwa i dewaluację złotówki – z milionerów stali się biedakami.


Wobec trudności z udzieleniem odpowiedzi, umywam ręce i wysiłek ten ceduję na Was. Po prawej stronie, nad buziami obserwatorów, znajduje się ankieta. Wystarczy wybrać, kogo podejście bardziej Wam odpowiada. Będę potem wyniki tej ankiety szeroko opracowywał socjologicznie:)

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012.

niedziela, 21 października 2012

I TY CHCESZ ZOSTAĆ WIEJSKIM PÓŁGŁUPKIEM


Za przykład służy zły bawarski Bauer
Na zakończenie naszych wspólnych spotkań ze „Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa (bo z samym Autorem mam nadzieję jeszcze nie), proponuję przyjrzeć się nader urokliwemu portretowi „wiejskiego półgłupka”, jaki mistrzowsko nakreślił Jones (albo w równym stopniu Bronisław Zieliński, czyli Autor przekładu – jakże często nie doceniamy pracy tłumaczy!). No, ale rzućmy okiem na stronę 138 tomu pierwszego:

„Sal Clark, ze swymi nieśmiałymi ufnymi oczami i z lekka zakłopotanym uśmiechem, przypominał wiejskiego półgłupka, który jest całkowicie pozbawiony złośliwości, zawiści, nieufności czy chęci wywyższenia się, który nie potrafi utrzymać się w naszym społeczeństwie i którego zamożni biznesmeni radośnie wyrywają sobie z rąk przy każdej sposobności, żywiąc go, ubierając i pielęgnując czule, jak gdyby w jakiś metafizyczny sposób mógł swoim ciasnym umysłem wstawić się za nich do Boga lub ochronić ich od wyrzutów sumienia. Podobnie Sal Clark cieszył się opieką i względami jako maskotka kompanii.” (138)

Dlaczego wybrałem ten cytat? Ano, jedna rzecz mnie w nim zastanowiła. Zauważcie, jakimi określeniami obdarzony zostaje dobroduszny Sal: „wiejski półgłupek”, o „ciasnym umyśle”, którego trzeba „ubierać i pielęgnować”. Zdawałoby się, że takimi zabarwionymi negatywnie epitetami powinno określać się kogoś na to zasługującego, a nie Sala o „nieśmiałych ufnych oczach” i „z lekka zakłopotanym uśmiechu”. Został opisany tak negatywnie jak jakiś, nie wiem, sadystyczny dowódca, a nie jak „maskotka kompanii”.

No i jak można przedstawić w ten sposób kogoś, kto „jest całkowicie pozbawiony złośliwości, zawiści, nieufności czy chęci wywyższania się”. Taki człowiek powinien chyba służyć za wzór, który będą wykorzystywać ludzie lubujący się w „smrodku dydaktycznym” (M. Wańkowicz).

No więc o co biega?

Kluczem wydaje mi się to, że Sal „nie potrafi utrzymać się w naszym społeczeństwie”. Ludzie szanują tylko ważniejszych od siebie, ewentualnie równych sobie (ale to też różnie). Niby czemu mieliby szanować takiego Sala? Bo w tym, że mu się pomaga, że zrobiło się z niego „maskotkę kompanii” i że „biznesmeni wyrywają go sobie z rąk” jest element lekceważenia, wyniosłej pobłażliwości, a nie szacunku.

Dobrze, że Jones napisał „w naszym społeczeństwie”, a nie na przykład „w społeczeństwie”. „W naszym”, czyli takim, jakim go uczyniliśmy.

Czyli to ze społeczeństwem jest coś nie tak, a nie z samym Salem.

Przygoda ze „Stąd do wieczności” skończy się bardzo sentencjonalnie. Poniższe słowa można spokojnie drukować w kalendarzach ze złotymi myślami:

„Wygląda na to – powiedział z trudem Prew – że życie składa się z mówienia ‘dzień dobry’ ludziom, których nie lubimy, i ‘do widzenia’ ludziom, których lubimy” (247 T2)

PS. Teraz wezmę się chyba znowu za Johna Steinbecka, w związku z tym, że Wydawnictwo Prószyński i S-ka od jakiegoś czasu wznawia „znakomite dzieła Autora” (cytat z obwoluty). Ja zaś nie zamierzam brać się za inne, tylko za „znakomite”;) Pzdr.

Cytat pochodzi z książki: James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1993, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 30 września 2012

ZNOWU W PRZYBYTKU

Dwa tygodnie temu w poście AFERA HAZARDOWA zostawiliśmy szeregowca Prewitta, kiedy w dniu wypłaty wyrusza do miasta w celu odwiedzenia wiadomego przybytku. Przybytek ten odgrywa centralną rolę w życiu naszego szeregowca nie tylko z racji rozrywek, jakich można tam zakosztować, ale z racji związku, który nawiązał się pomiędzy nim a jedną z pracujących tam niewiast o miłym dla ucha imieniu Lorene (nie L’Oreal!) Związek ten znacznie przekraczał przyjęte ramy w podobnych kontaktach. Można by go nawet nazwać „duchowym”. Ale o co w tym wszystkim chodzi, poinformuje nas najlepiej sam James Jones:

„Przeniknął pod jej zewnętrzną skorupkę, tak jak mężczyznom rzadko się udaje to z kobietami, a żołnierzom z kurwami nigdy, i miał do niej zamiar wrócić w dzień wypłaty, choćby mu przyszło ukraść na to pieniądze, bo – myślał – na świecie takim jak teraz najtrudniejszą z trudnych rzeczy jest odróżnić rzeczywistość od złudzenia, choć raz się spotkać z ludzką istotą tchnienie w tchnienie, bez przegrody prefabrykowanych, dźwiękoszczelnych ścianek nowoczesnej cywilizacji, i wiedzieć przy owym spotkaniu, że to jest właśnie ta ludzka istota, a nie odgrywana przez nią chwilowo rola; na tym świecie to jest najtrudniejsze – myślał – bo na nim każda pszczoła wysnuwa z siebie wosk na swoją własną komórkę, ażeby chronić swój własny, osobisty zapas miodu – a on się przez to przedarł choć raz, ten jeden raz.” (243)

Udało się więc szeregowcowi Prewittowi zadanie karkołomne. Trudno jest bowiem znaleźć sobie mniej dogodną osobę do takich eksperymentów niż Lorene, wykonująca swój beznamiętny i bezduszny zawód.

Zgadzam się w pełni z tym, co chce powiedzieć James Jones. Sposób zachowywania się człowieka, naturalność jego zachowania, zanieczyszczone są przez role, które chce lub musi odgrywać (było już o tym przy okazji innej książki Jamesa Jonesa „Cienka czerwona linia” – patrz: OBŁUDA U JAMESA JONESA). I rzeczywiście, we współczesnym świecie najtrudniejsze jest to, żeby choć na moment zmusić drugiego człowieka do porzucenia ochronnej powłoki, która narastała przez lata w wyniku różnych doświadczeń, dobrych i złych, i zmusić do otwarcia się. To udało się szeregowemu Prewittowi.

James Jones podaje bardzo ciekawy sposób na dokonanie tej sztuki:

„A potem – myślał – było tak jak z wodą która, powstrzymywana tamą, wytwarza ciśnienie, ciśnienie mocy, aż się przeleje przez każde najmniejsze ujście, jakie zdoła znaleźć, przez każdą najmniejszą szczelinę, i wali rozhukana z tą długo tamowaną, od dawna zbierającą energią ciśnienia, co zatapia światy, księżyce, gwiazdy i słońca, by w słońcu przemienić się w śmieszny, mały strumyczek, który nie ruszy z miejsca nawet kamyka – i wtedy głupio się dziwisz, że taki cienki strumyczek mógł kiedykolwiek wytworzyć moc, i myślisz, że może to wszystko tylko ci się zwidziało, i że pod twymi powiekami wcale nie runął firmament rozkruszając się w to jedno jedyne słońce, tę nieśmiertelną Zasadę.” (230)

Radzę spróbować;)

Cytat pochodzi z książki: James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1993, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

czwartek, 13 września 2012

AFERA HAZARDOWA


„Prew wsunął się na wolne sześciuset dolarowe miejsce rozmyślając mgliście, czy to nie omen, i jak mógł najskromniej popchnął swoją mizerną dziesięciodolarówkę i dwie piątki ku rozdającemu karty. W dzień wypłaty prowadzący grę ustalali niską sumę wejściową, żeby każdy mógł siąść do gry, ale wytrzeszczali wzgardliwie oczy na czyjeś dwadzieścia dolarów, kiedy się z tego skorzystało. Prew dostał z powrotem piętnaście srebrnych dolarów, sześć połówek i osiem plastykowych sztonów i kiedy ich dotykał palcami, nie miał już za złe tego upokorzenia, bo owa dawna, dobrze znana alchemia, najlepsze lekarstwo na życiowe zmartwienia, działała na niego, kiedy dorzucał jeden czerwony szton do innych. Serce biło mu szybciej głośniejszymi, silniejszymi uderzeniami i odzywało się echem w uszach. Rumieniec hazardzisty wystąpił mu na twarz nadając jej gorączkowy wygląd. We wnętrznościach czuł pustkę, niejako stał na krawędzi, na której świat zatrzymywał się w bezruchu.” (273)

Tak oto szeregowiec Prewitt (zwany w skrócie Prewem) rozpoczyna swoją wielką grę w bazie wojskowej na Hawajach. Nadmienić trzeba, że Prew, jeden z głównych bohaterów „Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa, nie udał się w to miejsce li tylko, by poczuć dreszczyk emocji, ale przede wszystkim, że potrzebował na gwałt pieniędzy. Był to w koszarach dzień wypłaty, a po spłaceniu licznych zobowiązań w kieszeni Prewa zostało zbyt mało, żeby udać się do miasta i zakosztować rozrywek (odpowiedź na pytanie, w jakiego rodzaju przybytku chciał ów żołnierz ich zakosztować, pozwolę sobie pozostawić Waszej domyślności). Nie to jest jednak ważne. Akapit niżej James Jones wkłada bowiem w głowę Prewa myśli, nad którymi zatrzymałem się na dłużej:

„Tutaj – myślał – właśnie tu, i tylko tu, zawarta w tych kartonikach rozrzuconych grzbietem do góry po stole, a rządzonych przez niewiadome prawa czy przez kapryśne boginie, leży nieskończoność, tajemnica życia i śmierci, to czego szukają uczeni – tutaj, pod twoją dłonią, jeżeli tylko potrafisz to wyczuć, przeniknąć coś, co jest nieprzeniknione. Za chwilę możesz wygrać tysiąc dolarów. Jeszcze prędzej możesz zostać bez centa. I każdy, kto by tylko potrafił zrozumieć przyczynę, ściskałby rękę Bogu.” (273-274)

Żeby było jasne, ja też nie rozumiem przyczyny, bo inaczej już „ściskałbym rękę Bogu”. Niemniej jednak postaram się odpowiedzieć na pytanie, co jest w hazardzie takiego niezwykłego i tajemniczego.

Odpowiedzią raczej nie może być to, że w różnego rodzaju grach hazardowych można (przy odrobinie szczęścia) w łatwy sposób zdobyć trochę pieniędzy. Wydaje mi się, że każdy chyba zdaje sobie sprawę, że w ten sposób się nie da się nic zarobić. Kluczem do wyjaśnienia zagadki wydają mi się te ”rumieńce hazardzisty”, „pustka we wnętrznościach”, „szybciej bijące serce”… Słowem – ryzyko. Silne emocje. Są ludzie, którzy piją, mówiąc sloganami, „żeby zapomnieć”, są więc i ludzie, którzy w tym samym celu grają, bo gra wyzwala w nich tak silne emocje, że w głowach nie ma już miejsca na nic innego. Życie jest tak trudne, że ludzie potrafią zrobić wszystko, żeby nie żyć choć przez chwilę. Oto „tajemnica życia i śmierci”.

Prew już po pierwszej partyjce miał tyle pieniędzy, że mógł bez przeszkód zrealizować swoje niecne plany. Niestety, zupełnie o nich zapomniał przy pokerowym stole. Wstał od niego dopiero po którejś tam kolejce, z minimalną wygraną w garści.

A do swojego przybytku i tak pojechał. Pożyczył.

Cytat pochodzi z książki: James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1993, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 22 lipca 2012

SZCZERZE O BOKSIE

Nie przebrzmiały jeszcze mowy żałobne na cześć śp. Jerzego Kuleja. Serwisy informacyjne po raz kolejny zamieniły się w serwisy sportowe, bo jak nie Euro 2012, to siatkarze, jak nie siatkarze, to Agnieszka Radwańska, jak nie Agnieszka Radwańska, to Jerzy Kulej, i tak oto jesteśmy utrzymywani w atmosferze nieustannych igrzysk (no właśnie, igrzyska - zaczynają się przecież Igrzyska Olimpijskie w Londynie!) Onegdaj oddzielono po coś serwisy informacyjne od sportowych i prognozy pogody (m.in. po to, żeby wykorzystać ten czas na emisję reklam), ale ostatnie miesiące pokazują, że informacje sportowe zdominowały wszystko. Nie wiedziałem dotąd, że Polacy są narodem sportowców (ponad połowa dorosłych Polaków nie uprawia żadnego sportu).

Ale mniejsza z tym. Zacząłem od Jerzego Kuleja, ale chcę mówić nie tyle o samym Jerzym Kuleju, nawet nie tyle o bokserach, co o widzach i miłośnikach walk bokserskich. A właściwie to po części wyręczy mnie w tym James Jones, który w słynnej powieści "Stąd do wieczności" napisał kilka zdań, które dotyczą przynajmniej części widzów boksu:

"Dwaj ludzie nie mający nic przeciwko sobie stają na ringu i usiłują się skrzywdzić, aby dostarczyć zastępczego uczucia strachu innym, którzy mają mniej od nich odwagi. Żeby zaś to pokryć, nazwali całą rzecz sportem i spekulują na tym." (26)

Po tych słowach sport może tracić trochę na swojej szlachetności. Ale jest w nich wiele racji, bo gdy widzi się te wszystkie konferencje prasowe przed walkami bokserskimi i słucha, co bokserzy wygadują (wspomnieć trzeba chociażby Muhammada Alego), to widać, że grają pod publiczkę, która czeka na horror, krew i śmierć jak widzowie walk gladiatorów. Te wszystkie starannie wyreżyserowane i zaplanowane przepychanki piłkarzy Barcelony i Realu też już robią się powoli żałosne (ci sami piłkarze potem zgodnie jak bracia grają w reprezentacji kraju). Tylko czy to wina samych sportowców, czy tych, którzy ich oglądają?

Cytat pochodzi z książki: James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1993, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

czwartek, 5 lipca 2012

POŻEGNANIE Z MARTINEM EDENEM

Pożegnamy się z Martinem Edenem w kulminacyjnym momencie. Oto prosty marynarz, który pod wpływem miłości do panny z burżuazji postanowił porzucić proste życie i zostać pisarzem, osiąga sukces - jego opowiadania są niemalże rozchwytywane przez wydawców. Jednak, jak to zwykle bywa, Martin wcale nie cieszy się z pisarskiego sukcesu, osiągniętego zresztą łutem szczęścia. Czuje się rozczarowany światem inteligencji, który niegdyś go zafascynował:

"Dotarłszy do takich wniosków, Martin nie przestawał myśleć dalej, aż w końcu zaświtało mu w głowie przekonanie, że różnica między tymi wszystkimi prawnikami, oficerami, handlowcami i finansistami, których spotykał obecnie, a robotnikami, z którymi obcował niegdyś, stanowi tylko odpowiednik różnic w sposobie odżywiania się, ubierania oraz w dzielnicach mieszkaniowych. Niewątpliwie zarówno jednym, jak i drugim, brakowało tego nieuchwytnego czegoś więcej, co znajdował w samym sobie i w książkach." (222)

Wiadomo, jak się człowiek na coś nastawi, to nigdy nic z tego nie wychodzi. Dlatego najlepiej mają pesymiści - ci od życia spodziewają się wszystkiego najgorszego, a gdy żaden z czarnych scenariuszy się nie spełnia, to stają się najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi.
Ale to tylko na marginesie. Tymczasem Martin Eden chce jeszcze coś powiedzieć. Martin Eden bowiem, zamiast cieszyć się sukcesem i pieniędzmi, wciąż powraca myślami w przeszłość. Wspomina głód, który cierpiał, gdy zamiast wyruszyć w rejs siedział w domu, uczył się i pisał. Wspomina, jak jeden po drugim bez żadnego powodu odrzucano jego opowiadania. Wspomina, jak nie chciała go ukochana i jej rodzice. Porównuje to ze stanem obecnym i nie może pojąć:

"Dlaczego nie odważyłaś się na to wcześniej (...) kiedy byłem bezrobotny? Kiedy głodowałem? Kiedy jako człowiek i jako artysta byłem tym samym co i dziś Martinem Edenem? To pytanie zadaję sobie od dawna. (...) Jak widzisz, nie zmieniłem się wcale, chociaż nagły, pozorny wzrost mojej wartości zmusza mnie do ciągłego upewniania o tym samego siebie. To samo co dawniej ciało okrywa moje kości, te same mam dziesięć palców u rąk i nóg. Nie zmieniło się we mnie nic. Nie rozwinąłem w sobie żadnej nowej zdolności ani zalety. Mózg mój pracuje zupełnie tak samo jak wówczas. Nie zdobyłem się nawet na żaden nowy sąd w zakresie literatury czy filozofii. Mam ściśle tę samą osobistą wartość, co wtedy, gdy nikt nie chciał o mnie słyszeć. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego teraz nagle wszystkim zależy na mnie. Z całą pewnością nie dzieje się to ze względu na przymioty mojej osoby, skoro nic się w niej nie zmieniło od czasu, gdy nią gardzono. Widocznie więc ludzie pragną mnie dla czegoś innego, czegoś, co tkwi poza mną, co nie jest moją treścią. Czy mam ci tłumaczyć, na czym to coś polega? Oto na uznaniu, które zdobyłem. Uznanie to nie jest cząstką mej istoty. Istnieje ono w umysłach innych ludzi. Dalej wchodzą w rachubę pieniądze, które zarobiłem i wciąż zarabiam. Ale i pieniądze nie są mną samym." (339-340)

Tymi słowami rozstajemy się z Martinem Edenem.

Cytaty pochodzą z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki.

niedziela, 8 kwietnia 2012

CO ŁĄCZY CZŁOWIEKA Z JELENIEM?

Paradoksalnie  bardzo wiele. Przede wszystkim, i jeleń, i człowiek są zwierzętami. Myślą i zachowują się jak zwierzęta. Człowiekowi od czasu do czasu udaje się jednak przezwyciężyć zwierzę w sobie, sprawić, by gdzieś sobie poszło i nie zawracało mu głowy. Najlepiej się to udaje, gdy człowiek jest sam. Wtedy może zrzucić maski pozorów i przestać stale imponować otoczeniu wyimaginowanym chartem i odwagą. Wtedy może zagłębić się w strachu i pozostałych ludzkich uczuciach.

A potem człowiek znowu jest w tłumie (chciałem powiedzieć: „w stadzie”) i wkłada na twarz maskę, którą wciska mu do ręki stado. A o tym wszystkim zaświadcza Jack London w książce „Martin Eden”:

„Przyjrzawszy się lepiej Martin dostrzegł sztywny kapelusz, kanciastą kurtkę i kołyszące się ramiona młodocianego łobuza, którym był niegdyś.
– Podobny byłeś, bracie, do nich wszystkich – szepnął drwiąco Martin. – Twoja moralność i cała umysłowość stosowały się ściśle do wzorców środowiska. Nie myślałeś ani nie działałeś samodzielne. Poglądy twoje, podobnie jak i ubranie, brałeś gotowe z hurtowej wytwórni. Twoje czyny dyktowane były przez poklask gawiedzi. Byłeś hersztem bandy, bo widziano w tobie uosobienie dążeń ogółu. Walczyłeś i przewodziłeś bandzie nie dlatego, że sprawiało ci to przyjemność – sam wiesz najlepiej, żeś w gruncie rzeczy tym gardził – ale po prostu dlatego ,że towarzysze klepali cię po ramieniu. Sprawiłeś lanie Pyskowi-jak-ser, boś nie chciał ustąpić, nie chciałeś zaś ustąpić dlatego, że dawałeś się powodować najniższym zwierzęcym nerwom, a poza tym, ponieważ wraz z całym otoczeniem wierzyłeś, że miarą męstwa jest drapieżne okrucieństwo objawiające się w kaleczeniu bliźnich i przetrącaniu im gnatów. Przecież ty, nicponiu, odbijałeś kolegom dziewczęta nie dlatego, że ci na nich naprawdę zależało, lecz tylko w skutek tego, że w szpiku kości tych towarzyszy, którzy kształtowali twą postawę moralną, tkwił głęboko ten sam instynkt, który jeleniom każe staczać krwawe walki o samice.” (s. 229)

No jeszcze raz: co łączy człowieka z jeleniem? Sztywny kapelusz, kanciasta kurtka i kołyszące się ramiona…

Cytat pochodzi z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki

wtorek, 7 lutego 2012

WYKSZTAŁCIUCHY

Jego Magnificencja (łac. - wspaniałość)
Człowiek, nawet uczony, a nie wychowany, uzbrojony w wiedzę, a bezbronny wobec własnych namiętności, uświadomiony o swoich prawach, a nie chcący uznać obowiązków - to nowoczesny barbarzyńca (ze statutu Kolegium Ojców Marianów)

Po raz pierwszy w Dzienniku lektury pozwalam sobie rozpocząć od cytatu. Zazwyczaj zaczynam od kilku słów własnych, które w formie komentarza wprowadzają dopiero cudzą myśl. Tym razem postąpiłem inaczej, bo uznałem, że nie potrafiłbym zrobić tego lepiej od Autorów ww. słów.

W Polsce wszyscy studiowali, studiują, bądź będą studiowali. Każdy więc zetknął się z osobnikiem, którego pierwsze imię brzmi "Magister", "Doktor" lub "Profesor" (nie wiem, czy to ze chrztu, czy z bierzmowania), i który lubi podpisywać się w zielonej książeczce. Sposób, w jaki ci osobnicy wykorzystują fakt, że co roku na prowadzonych przez nich zajęciach pojawiają się ludzie, którzy zdani są wyłącznie na ich łaskę czy niełaskę, też jest wszystkim znany. Cytat, który wybrałem na dzisiejsze rekolekcje z nieśmiertelnego "Martina Edena" Jacka Londona dotyczy wprawdzie "inteligencji" w ogóle, ale ja postanowiłem zadedykować go creme de la creme tejże inteligencji, czyli kadrze naukowej polskich uniwersytetów. Posłuchajmy, strona 221:

"Sposobności widywania się z narzeczoną w domu jej rodziców nie miał teraz wiele, gdyż zainicjowana przez panią Morse kampania rozrywkowa rozgorzała w całej pełni. Wzniosłe istoty, które tam spotykał, a na które jeszcze tak niedawno spoglądał z nabożną czcią, nudziły go teraz. Przestały być wzniosłymi istotami (...) W domu Ruth nie spotkał żadnego wybitniejszego umysłu (...) Całe pozostałe grono składało się z pustogłów, miernot, nieuków, istot bezmyślnych lub myślących dogmatycznie i powierzchownie. Najwięcej zastanawiało go nieuctwo tych ludzi. Co się z nimi mogło stać? Gdzie podzieli nabyte wykształcenie? Mieli przecież dostęp do tych samych książek, z których i on korzystał. Jakże to się stało, że nie wynieśli z nich żadnego pożytku? (...) Dawniej wyobrażał sobie, że wszystkie osoby nie pracujące zarobkowo, zaliczające się do tak zwanych sfer dobrze wychowanych obdarzone są potężnym umysłem i wrażliwością na piękno. Zdawało mu się wówczas, że kultura i pieniądz idą z sobą w parze. Poddawał się też złudnemu mniemaniu, że akademickie wykształcenie równoznaczne jest z mistrzowskim opanowaniem wiedzy".

Gdzieś przeczytałem inne mądre słowa (nie było wtedy Dziennika lektury, więc, głupi, nie pomyślałem, żeby je zanotować), że jeżeli człowiek prawdziwie wykształcony (a nie wykształciuch) zapomni wszystko, czego się nauczył, to i tak pozostanie człowiekiem wykształconym. Wielu jest "uczonych", którzy zostaliby nadziutcy jak ich Pan Bóg stworzył, gdyby im odebrać wkute niegdyś regułki.

PS. Jeżeli ktoś wie, kto jest autorem tej myśli, to niech nie waha się napisać. Wprawdzie nagród nie rozdaję, bo od tego są teleturnieje, ale na wdzięczność można liczyć, a to już wartość sama w sobie...

Cytat pochodzi z książki: „Martin Eden” Jack London, Iskry, Warszawa 1962, w tłumaczeniu Zygmunta Glinki