niedziela, 30 września 2012

ZNOWU W PRZYBYTKU

Dwa tygodnie temu w poście AFERA HAZARDOWA zostawiliśmy szeregowca Prewitta, kiedy w dniu wypłaty wyrusza do miasta w celu odwiedzenia wiadomego przybytku. Przybytek ten odgrywa centralną rolę w życiu naszego szeregowca nie tylko z racji rozrywek, jakich można tam zakosztować, ale z racji związku, który nawiązał się pomiędzy nim a jedną z pracujących tam niewiast o miłym dla ucha imieniu Lorene (nie L’Oreal!) Związek ten znacznie przekraczał przyjęte ramy w podobnych kontaktach. Można by go nawet nazwać „duchowym”. Ale o co w tym wszystkim chodzi, poinformuje nas najlepiej sam James Jones:

„Przeniknął pod jej zewnętrzną skorupkę, tak jak mężczyznom rzadko się udaje to z kobietami, a żołnierzom z kurwami nigdy, i miał do niej zamiar wrócić w dzień wypłaty, choćby mu przyszło ukraść na to pieniądze, bo – myślał – na świecie takim jak teraz najtrudniejszą z trudnych rzeczy jest odróżnić rzeczywistość od złudzenia, choć raz się spotkać z ludzką istotą tchnienie w tchnienie, bez przegrody prefabrykowanych, dźwiękoszczelnych ścianek nowoczesnej cywilizacji, i wiedzieć przy owym spotkaniu, że to jest właśnie ta ludzka istota, a nie odgrywana przez nią chwilowo rola; na tym świecie to jest najtrudniejsze – myślał – bo na nim każda pszczoła wysnuwa z siebie wosk na swoją własną komórkę, ażeby chronić swój własny, osobisty zapas miodu – a on się przez to przedarł choć raz, ten jeden raz.” (243)

Udało się więc szeregowcowi Prewittowi zadanie karkołomne. Trudno jest bowiem znaleźć sobie mniej dogodną osobę do takich eksperymentów niż Lorene, wykonująca swój beznamiętny i bezduszny zawód.

Zgadzam się w pełni z tym, co chce powiedzieć James Jones. Sposób zachowywania się człowieka, naturalność jego zachowania, zanieczyszczone są przez role, które chce lub musi odgrywać (było już o tym przy okazji innej książki Jamesa Jonesa „Cienka czerwona linia” – patrz: OBŁUDA U JAMESA JONESA). I rzeczywiście, we współczesnym świecie najtrudniejsze jest to, żeby choć na moment zmusić drugiego człowieka do porzucenia ochronnej powłoki, która narastała przez lata w wyniku różnych doświadczeń, dobrych i złych, i zmusić do otwarcia się. To udało się szeregowemu Prewittowi.

James Jones podaje bardzo ciekawy sposób na dokonanie tej sztuki:

„A potem – myślał – było tak jak z wodą która, powstrzymywana tamą, wytwarza ciśnienie, ciśnienie mocy, aż się przeleje przez każde najmniejsze ujście, jakie zdoła znaleźć, przez każdą najmniejszą szczelinę, i wali rozhukana z tą długo tamowaną, od dawna zbierającą energią ciśnienia, co zatapia światy, księżyce, gwiazdy i słońca, by w słońcu przemienić się w śmieszny, mały strumyczek, który nie ruszy z miejsca nawet kamyka – i wtedy głupio się dziwisz, że taki cienki strumyczek mógł kiedykolwiek wytworzyć moc, i myślisz, że może to wszystko tylko ci się zwidziało, i że pod twymi powiekami wcale nie runął firmament rozkruszając się w to jedno jedyne słońce, tę nieśmiertelną Zasadę.” (230)

Radzę spróbować;)

Cytat pochodzi z książki: James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1993, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.