niedziela, 23 grudnia 2012

UPADŁY PASTOR – CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ


Z pastorem Casym z „Gron gniewu” Johna Steinbecka spotkaliśmy się już, przy moim skromnym współudziale, w poście o znaczącym tytule „Upadły Pastor”. Wyjaśniłem już, na czym polegał i z czym się wiązał jego upadek, toteż czuję się zwolniony z obowiązku powtarzania tego w tym poście. Natomiast nie czuję się zwolniony z obowiązku opowiedzenia Wam (a tym, którzy już zdążyli przeczytać – przypomnienia) o dalszych losach pastora Casy’ego.

Casy, szukający swojego nowego miejsca w życiu, dostaje propozycję od rodziny Joadów (czyli jednej z tych rodzin, których bank pozbawił ziemi) udania się razem z nimi w podróż do Kalifornii – niemalże mitycznego miejsca, gdzie na każdego nędzarza z Oklahomy czeka połać ziemi, biały domek i dochodowa praca.

Casy na propozycję reaguje pozytywnie. Oto, jakie wyzwanie dla siebie widzi w podróży wraz z tysiącami poszukujących pracy:

„A teraz zdaje mi się, że wiem, co powinienem robić. Nie jestem pewien, czy potrafię wam to powiedzieć, i myślę, że nawet nie będę próbował… Ale kto wie, może znowu będę kaznodzieją. Może znów będę wygłaszał kazania. Ludzie opuszczeni na drogach, bez ziemi i bez domu… Musi się dla nich znaleźć jakiś dom. (86)

Były pastor zrealizuje swoje zamierzenie w bardzo specyficzny sposób, bo gdy Joadowie dotrą do Kalifornii i okaże się, że oprócz dorywczej pracy przy zbiorze bawełny za głodową pensję nie ma tam dla nich żadnego innego zajęcia, że są przeganiani z miejsca na miejsce przez wrogo nastawionych do „Oklaków” miejscowych i policjantów, były pastor przeobrazi się w działacza związkowego.

Ale zanim to nastąpi, Casy nad grobem dziadka Joada, który zmarł w trakcie podróży ze zgryzoty spowodowanej utratą swojego wieloletniego miejsca zamieszkania, wygłosi ostatnie „tradycyjne kazanie”:

„Ten oto sędziwy człowiek przeżył zwyczajnie życie i zwyczajnie je zakończył. Nie wiem, czy był dobry, czy zły, ale to nie ma znaczenia. Żył, i to tylko jest ważne. A teraz zmarł – i to jest nieistotne. Słyszałem kiedyś, jak ktoś, deklamując wiersz, wypowiedział takie słowa: „Wszystko, co żyje, jest święte”. Zacząłem się nad tym zastanawiać i wkrótce dojrzałem  w tym zdaniu coś więcej niż puste słowa. Nie będę się modlił za starca, który skonał. Jemu jest dobrze. Miał wypełnić swoje zadanie, lecz cel miał wytyczony i prowadzi do niego tylko jedna droga. Ale przed nami leży też zadanie, które musimy wykonać, i rozpościera się tysiąc dróg. Nie wiemy, którą wybrać. I gdybym miał się modlić, modliłbym się raczej za tych, którzy nie wiedzą, w którą zwrócić się stronę. Dla zmarłego dziadka wszystko jest jasne i proste. A teraz przysypcie go ziemią i niech spełni swoje zadanie.” (214)

Widać wyraźnie przemianę Casy’ego. To nie jest już pastor, który myśli o tym, żeby dusze jego owieczek w dalekiej przyszłości poszły do nieba, tylko ich opiekun „tu i teraz”, pomagający im w dokonywaniu bardziej prozaicznych, ale skomplikowanych życiowych wyborów.

Potem Casy zaczyna działać. Przekonuje setki robotników z Oklahomy, żeby nie konkurowali ze sobą, zgłaszając do właścicieli, że będą pracować za niższe pieniądze niż pozostali, bo w ten sposób obniżają ogólne stawki i sami nawzajem się wykańczają. Akcja Casy’ego zostaje oczywiście rozbita przez policję, a sam trafia do więzienia.

Na koniec dwie uwagi na temat roboty związkowej. Jedna smutna, druga pocieszająca:

„Znałem jednego gościa. Wpakowali go do więzienia wtedy, kiedy i ja tam siedziałem. Za to, że starał się założyć związek zawodowy. I założył, ale szpicle rozbili mu całą organizację. I wiecie co? Wysadzili go ci sami ludzie, którym chciał pomóc. Wyparli się go zupełnie. Bali się z nim pokazać (…) Tamten gość w więzieniu mówił: „Tak czy owak, człowiek robi, co może. O jednym tylko trzeba pamiętać: po każdym kroku naprzód można się cofnąć trochę, ale nigdy już człowiek nie cofa się na dobre” (569)

Wesołych Świąt życzę.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012 w tłumaczeniu Alfreda Liebfelda.