niedziela, 29 grudnia 2013

ZŁO ZAWSZE PRZYCHODZI W DOBRYM MOMENCIE (DLA SIEBIE)

Ostatnie trzy posty poświęciłem w całości na analizę Cathy Ames – najbardziej interesującej postaci z książki Johna Steinbecka „Na wschód od Edenu”. Znalazły się tam wzmianki o tym, jak ta postać usidliła dwóch mężczyzn – raz to był młody nauczyciel, a drugi raz dojrzały i dorodny rajfur. Okoliczności, w jakich do tego doszło, mniej więcej już znamy. Tymczasem w książce usidlony zostaje jeszcze jeden człowiek, najważniejszy – Adam Trask. Bardzo ciekawa i pouczająca może być analiza okoliczności, w jakich do tego doszło. Zawsze podkreślam wartości poznawcze książek i uważam, że z błędów Traska można wyciągnąć pewne wnioski na przyszłość.

W książce Adam Trask odbywa szczerą rozmowę ze swoim przyjacielem, Samuelem Hamiltonem, Ważny punkt wyjścia do rozmowy o Cathy, którą Trask decyduje się poślubić, stanowi refleksja na temat jego dotychczasowego życia:

„(…) Ja miałem szare życie, panie Hamilton… Samuelu. Nie żeby było złe w porównaniu do innych, ale nie liczyło się wcale. (…) Moja matka… umarła, nawet jej nie pamiętam. Macocha była zacną kobietą, ale skołataną i chorą. Ojciec znów surowym, wspaniałym człowiekiem… możliwe, że dużej miary. (…) Miałem do niego takie uczucie, jakie się miewa w kościele… i niemało w tym było strachu… (…) Ojciec posłał mnie do wojska, na Zachód, do walki z Indianami. (…)Kiedy wyszedłem z wojska, czułem się tak, jakbym się wywlókł obłocony z grzęzawiska. Długo wędrowałem przed powrotem do domu, pamiętnego miejsca, którego nie kochałem. (…) [Ojciec] umarł i dom był miejscem, w którym można siedzieć albo pracować, czekając na śmierć, tak jakby się czekało na jakąś straszliwą wycieczkę.” (240-241)

Poznaliśmy już w pigułce, co Adam Trask robił przed pojawieniem się Cathy, i jakie było jego nastawienie w tym czasie. Nie można nie zauważyć, że z jego opowieści bije pewien depresyjny ton pozbawionego wszelkiej nadziei człowieka, który nie widzi sensu własnego życia. Dopiero gdy Trask zaczyna mówić o Cathy, jego ton wyraźnie się ożywia i napełnia nadzieją:

„(…) A potem zjawiła się Cathy. (…) Biło od niej jakieś światło. I wszystko zmieniło barwę. Świat się przede mną otworzył. Budziłem się radosny. Zdawało się, że nic nie jest niemożliwe. A ludzie na świecie byli dobrzy i piękni. I wtedy przestałem się bać.” (241)

Smutno się czyta te słowa. Samuel Hamilton wie, że Trask żyje mrzonkami i że prędzej czy później się boleśnie rozczaruje, to samo wie czytelnik, ale nic nie można zrobić.

Ale chcę ten punkt rozważań zakończyć pewnym wnioskiem. Liczy się moment, w którym spada na nas nieszczęście. Coś złego zawsze spada na nas nie wtedy, gdy jesteśmy silni i odporni, a wtedy, gdy jesteśmy bezbronni. Wiele lat niełatwego życia odarło Adama z psychicznej odporności i uczyniło go bardziej podatnym na uroki Cathy (zauważmy, że otoczenie Adama, na przykład Samuel Hamilton albo jego brat, od razu zorientowało się, że coś jest z nią nie tak).

Cathy trafiła do niego akurat w momencie, gdy pragnął zmienić swoje życie. Uznał Cathy za czynnik, który taką zmianę mu umożliwi.

W tym miejscu powstaje pytanie, czy aby Cathy jest obciążona w stu procentach winą za to, że zawiodła jego nadzieje?

Oto krótkie zdanie, które wypowiedział do niej Trask po tym, jak po latach się spotkali:

„Wiesz, zdaje się, że to właśnie Samuel twierdził, jakobym cię nigdy nie widział, i to jest prawda. Pamiętam twoją twarz, ale nie widziałem jej nigdy.” (451)

Cathy co prawda oszukała go kilka razy (zgodziła się na ślub, poszła do łóżka z jego bratem), ale nigdy nie wyrażała woli spędzenia z Adamem reszy życia i pielęgnowania jego dziatwy. Żadnym gestem nie rozkochiwała go w sobie, nie utwierdzała go w jego złudzeniach. Często starała się słabo oponować przeciwko jego planom. Słowem: to wszystko wychodziło od niego, nie od niej. Ona tylko czekała na dogodny moment, w którym będzie mogła się od niego uwolnić. A on widział  niej to, co chciał w niej widzieć. On ponosi więc część winy (nawet sporą) za to, co go spotkało.

Myślę teraz, że Cathy może być pod pewnymi względami wzorem dla współczesnych feministek – „silna” kobieta, nie dająca się „ujarzmić” męskim pragnieniom.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 15 grudnia 2013

JEJ PORTRET SKOŃCZONY

Scena z książki - Cathy idzie do łóżka z Karolem pod nosem Adama.
To znakomicie uwydatnia perfidię tej postaci
Plotkowanie na temat Cathy Ames zakończyliśmy na tym fragmencie jej życiorysu, w którym została pobita przez nieszczęśliwie w niej zakochanego rajfura Edwardsa. Ten dżentelmen w pobicie nie włożył jednak całej swojej pasji, bo dziewczyna przeżyła. Ostatkiem sił zdołała doczołgać się do najbliższego gospodarstwa, czym zmąciła spokojną egzystencję Adama i Karola Trasków. Tego pierwszego jej pojawienie się zmąciło jeszcze bardziej, gdyż z miejsca zakochał się w niej i postanowił poślubić, nie bacząc na to, że zupełnie nic o niej nie wie. Od tego fatalnego w skutkach zamiaru nie zdołał odwieść go nawet przeczuwający nieszczęście brat:

„Nie pozbędziesz się jej? Proszę cię, Adamie. Wyrzuć ją. Ona rozszarpie cię na kawałki. Zniszczy cię, Adamie, zniszczy cię!” (176)

Brzmi to bardzo dramatycznie, prawda? Pisałem już w poście „Jej portret”, że Cathy otacza niezwykła atmosfera fatalności jak z najlepszego horroru. Takie wypowiedzi, jak przytoczona wyżej, przewijają się przez całą książkę i od początku wiadomo jest, że wszystko dąży ku fatalnemu przeznaczeniu.

A Cathy? Jak zareaguje na umizgi Adama? Czyżby nauczka od pana Edwardsa czegoś ją nauczyła? Ależ skąd!

„Nie tylko była zdecydowana wyjść za Adama, ale powzięła tę decyzję, jeszcze zanim jej się oświadczył. Bała się. Potrzebowała opieki i pieniędzy. Mógł jej dać jedno i drugie. A ona mogła uzyskać nad nim władzę – tego była pewna. Nie pragnęła być niczyją żoną, ale na razie stanowiło to ucieczkę. Jedno tylko ją niepokoiło. W stosunku Adama do niej było jakieś ciepło, którego nie rozumiała, ponieważ nie miała go dla niego i nigdy nie czuła dla nikogo.” (173)

Adam z nową żoną postanawia przeprowadzić się do Kalifornii, do doliny Salinas, gdzie kupuje gospodarstwo. Cathy jest przeciwna wyjazdowi, ma bowiem swoje plany, ale taktyka na razie każe jej ustąpić. Na domiar złego jej plany mąci nieoczekiwana ciąża. Niepowodzenie próby jej usunięcia zmuszają Cathy do ustąpienia po raz kolejny i w tym względzie.

Ten trudny dla niej okres charakteryzuje te kilka zdań:

„Jeśli Adam siedział na swojej ziemi jak lśniący syty kot, to Cathy przypominała kotkę. Miała nieludzką zdolność wyrzekania się tego, czego nie mogła uzyskać, i czekania na to, co dostać mogła. Te dwa dary dawały jej wielkie korzyści. Jej ciąża była wynikiem przypadku. Kiedy próba sztucznego poronienia zawiódła, a doktor zaczął grozić, Cathy porzuciła tę metodę. To nie znaczy, że pogodziła się z ciążą. Chciała ją przeczekać, tak jak musiałaby przetrwać chorobę. Z jej małżeństwem było to samo. Wpadła w pułapkę, wobec czego wybrała możliwie najlepszą drogę wyjścia. Nie miała też chęci jechać do Kalifornii, ale chwilowo ominęła ją możliwość tworzenia sobie innych planów. (…) Miała jedną cechę niezbędną dla wielkiego i wytrawnego złoczyńcy: nie ufała nikomu i nikomu się nie zwierzała. Jej osobowość była wyspą.” (224-225)

Po porodzie Cathy dochodzi do wniosku, że czas czekania się skończył. Oświadcza zdumionemu Adamowi, że odchodzi, a gdy ten próbuje ją powstrzymać, strzela do niego. Nie zabija go jednak:

„Myślałem o tym więcej niż o wszystkim innym. Nie, nie przypuszczam, żeby mnie chciała zabić. Nie uważała, żebym był tego godny. Nie miała w sobie wtedy żadnej nienawiści, żadnej pasji. Ja to wiem z wojska. Jeżeli chce się z zabić człowieka, strzela się w głowę, w serce albo w brzuch. Nie, ona trafiła mnie tam, gdzie chciała.” (370)

Tak brzmią wnioski Adama z tej tragedii. Wróćmy jednak do Cathy. Wędruje ona do pobliskiego miasteczka i podejmuje pracę w burdelu należącym do Faye. Przedstawia się jej jako Katy i od tego momentu aż do końca książki będzie funkcjonować pod tym imieniem. Nie zadowala ją jednak najniższa pozycja w tym przybytku – jej głowa cały czas pracuje:

„Kate się nie spieszyło. Od razu przemyślała wszystko do końca, po czym wyrzuciła to z głowy. Zaczęła opracowywać sobie metodę. Budowała jakąś konstrukcję, następnie ją atakowała i jeżeli ta zdradziła najmniejszą chwiejność, rozrzucała ją i zaczynała od nowa. Robiła to tylko późno w nocy albo kiedy była zupełnie sama, żeby nikt nie zauważył w niej jakiejś zmiany czy zaabsorbowania.  (339-340)

Z tego musiał się wykluć jakiś szatański plan. Cathy (Kate) szybko zdobywa sobie serce Faye, która zaczyna traktować ją jak rodzoną córkę. Po przepisaniu na ową „córkę” całego majątku, czas Faye jest policzony. Faye zostaje zatruta, a Cathy przejmuje interes:

„Adamie, Cathy jest w Salinas. Prowadzi tam burdel, najwszeteczniejszy i najbardziej wyuzdany w całej tej części kraju. Wszystko, co złe i szpetne, wykoślawione i ohydne, najgorsze rzeczy, jakie może wymyślić człowiek, są u niej na sprzedaż. Kaleki i pokraki przychodzą tam po rozkosz. Ale jest jeszcze coś gorszego. Cathy, która teraz nazywa się Kate, ściąga młodych, niewinnych i pięknych, i tak ich okalecza, że nigdy więcej nie mogą przyjąć do siebie.” (433-434)

To szczyt jej ponurej kariery. Od tego czasu coś się w niej załamuje. Autor pokazuje to najbardziej dostrzegalnie przez zmiany w jej ciele:

„Wstała chwiejnie i położyła mu rękę na ramieniu. Twarz jej wydawała się świeża i młoda. Spojrzał na dłoń Kate i spostrzegł, że jest pomarszczona jak blada łapa małpy. Cofnął się z odrazą.” (458)

Powyższy fragment stanowi element opisu przyjazdu Adama do Salinas, bo kiedy Adam dowiaduje się o jej pobycie tam, nie może się powstrzymać przed odwiedzinami. Tam Cathy pokazuje mu zdjęcia zrobione ukradkiem klientom i zdradza mu swoje iście diaboliczne przemyślenia:

„Tego właśnie nienawidzę: łgarzy – a oni wszyscy są łgarze. Na tym to polega. Uwielbiam ich demaskować. Uwielbiam babrać ich nosami w ich własnym świństwie. (…) – Wyjęła jedno ze zdjęć. – Patrz. To jest senator stanowy. Chce kandydować do Kongresu. Patrz na ten tłusty kałdun. A cycki ma jak kobieta. Lubi baty. Ta pręga tutaj to od bata. Przyjrzyj się jego minie! (…) Popatrz tutaj! To jest profesor z Berkeley. Przyjeżdża tu aż stamtąd, żeby mu chlustać nocnikiem w mordę… pan profesor filozofii. (…) Myślisz, że chcę być ludzka? Przyjrzyj się tym zdjęciom! Wolałabym być psem niż człowiekiem. Tylko że nie jestem psem. Jestem chytrzejsza od ludzi.” (455-457)

Adam demaskuje sposób myślenia Cathy:

„A ci ludzie, którzy tutaj do ciebie przychodzą ze swoją szpetotą, ci z fotografii… nie wierzysz, że oni też mogliby mieć w sobie dobro i piękno. Widzisz tylko jedną stronę i myślisz – więcej: jesteś pewna – że nie ma nic poza tym.” (544)

I co się dzieje z Cathy, gdy Adam wychodzi?

„Kate usiadła i wpatrzyła się w zamknięte drzwi. Nie była świadoma, że jej pięści uderzają lekko o ceratę. Wiedziała natomiast, że biały prostokąt drzwi jest zniekształcony przez łzy i że jej ciałem wstrząsa coś, co przypomina wściekłość, ale przypomina też żal.” (545)

Więc ta szczelna skorupa zła zaczyna z wolna pękać. Wraz z utratą fizycznych walorów maleje również spotwornienie psychiczne. Cathy czuje się coraz bardziej samotna i nieszczęśliwa. Wydaje jej się, że jest otoczona przez samych wrogów.

To już prawie jej koniec:

„Ale od czasu do czasu spadał na nią przygnębiający strach i wydawało jej się, że jest otoczona lasem wrogów. Wtedy każda myśl, każde słowo i spojrzenie były wymierzone przeciwko niej, a ona nie miała dokąd biec, nie miała gdzie się ukryć. (…) A potem któregoś dnia zaczęła czytać pewną książkę. (…) Była to „Alicja w krainie czarów”. (…) Kiedy otaczał ją las wrogów, Kate była przygotowana. W kieszeni miała flaszeczkę osłodzonej wody, a na nalepce z czerwoną ramką napisała: „Wypij mnie”. Pociągnie łyk z flaszeczki i zacznie maleć i maleć. Niech jej wtedy szukają wrogowie!” (776-777)

Pewnego dnia zamiast osłodzonej wody pije truciznę. Wtedy wrogowie już na pewno jej nie dopadną.

Wydaje mi się, że skoro człowiek w innych widzi tylko zło i wszystkich podejrzewa o jak najgorsze zamiary, to jest rzeczą naturalną, że czuje z ich strony zagrożenie. Tu się ujawnia pewien rys tragiczny w charakterze Cathy: ma dogłębną wiedzę o czarnych zakamarkach ludzkiej natury i potrafi z tego korzystać, a jednocześnie ta wiedza budzi w niej strach i prowadzi do paranoi. A na koniec do śmierci.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

sobota, 30 listopada 2013

JEJ PORTRET – CIĄG DALSZY

Ostatni „Jej portret” poświęcony był okresowi dziecięcemu Cathy Ames, bohaterki „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka. W tamtym poście skończyliśmy na tragicznym w skutkach uwiedzeniu młodego nauczyciela – Jakuba Grewa i mogliśmy obserwować początki jej kariery w późniejszym zawodzie – prostytucji.

Okres dziecięcy Cathy zamyka znamienna decyzja – dziewczyna chce przerwać naukę w gimnazjum i pójść własną drogą (wiemy już, jaka to droga). Na przeszkodzie stają jej wtenczas rodzice, którzy udaremniają ucieczkę z domu. Wtedy Cathy zmienia taktykę działania – stara się przekonać rodziców, że stała się im posłuszna. To się udaje doskonale, bo rodzice są wręcz ujęci jej uczynnością i uległością. Jednak dla kogoś mniej podatnego na uroki Cathy jej cel jest jasny:

„A nie ograniczało się to tylko do domu. Odważnie znosiła wyziewy garbarni, byleby odwiedzać tam ojca. (…) Interesowała się nie tylko procesem garbowania, ale i stroną handlową. Ojciec wyjaśniał jej sprawy pożyczek, płatności, sporządzania rachunków i list płac. Pokazał jej, jak się otwiera kasę ogniotrwałą, i z zadowoleniem stwierdził, że po pierwszej próbie zapamiętała kombinację.”(125)

To musiało się źle skończyć. Cathy, korzystając z nieobecności rodziców, podpala dom i pozoruje własną śmierć. Wszystko ma wyglądać na kradzież. Zawartość kasy ogniotrwałej znika oczywiście wraz z nią.

Cathy nie znika jednak na długo z naszego pola widzenia. Wkrótce pojawia się w Bostonie, w domu sutenera Edwardsa (w książce zwanego romantycznie „rajfurem”). To, co Cathy robi z tym mężem, ojcem, a jednocześnie człowiekiem doświadczonym w stosunkach z takimi kobietami, jest wprost zdumiewające.

Oto, co przeżywa pan Edwards już na pierwszym spotkaniu:

„I oto siedział tu – wielki, tłusty, dojrzały rajfur, oparty brzuchem o biurko – i policzki czerwieniały mu od krwi, a dreszcze podniecenia przebiegały po nogach i udach.” (135)

No, hormony zagrały. Z posta „Jej portret” wiemy już, że Cathy nie przepuszcza takich okazji.

Biedy Edwards… zakochał się.

„Gdyby w ciągu wszystkich tych lat pan Edwards usłyszał o kimś, że jest w podobnym stanie, wybuchnąłby śmiechem. Bo oto pan Edwards, rajfur obdarzony najzimniejszą w świecie krwią, beznadziejnie, rozpaczliwie zakochał się w Katarzynie Amesbury [tak mu się przedstawiła – P.B.]. Wynajął dla niej miły ceglany domek, po czym jej go podarował. Otoczył ją wszelkim możliwym zbytkiem, przesadnie ozdobił dom, przegrzewał go stale. Dywany były tam zbyt puszyste, a ściany zawieszone obrazami w grubych ramach.” (136)

No, no, skoro pojawiają się drogie prezenciki, to kobieta może pójść dalej:

„Kiedy go już zdobyła, co nastąpiło bardzo prędko, postarała się, by zawsze sprawiać wrażenie lekko niezadowolonej. Utrzymywała go w ciągłej niepewności, jak gdyby lada chwila miała mu uciec. Kiedy wiedziała, że do niej przyjedzie, starała się nie być w domu i wracała rozpromieniona, jakby po jakichś niewiarygodnych przeżyciach. Często uskarżała się, jak trudno jej uniknąć na ulicy lubieżnych spojrzeń i dotknięć mężczyzn, od których nie może się opędzić. Kilka razy wpadła przestraszona do domu, ledwie wymknąwszy się ścigającemu ją mężczyźnie.” (137)

To granie na męskiej zazdrości jej wręcz klasyczne. Zaczęliśmy od hormonów, więc sprawdźmy, co słychać w tych sprawach:

„W ich stosunkach seksualnych wpoiła mu przekonanie, że wyniki nie są dla niej w pełni zadowalające i że gdyby był lepszy jako mężczyzna, mógłby wyzwolić w niej powódź nieprawdopodobnych reakcji.” (137)

To biedny pan Edwards jest już na widelcu:

„Gdy już z powodzeniem roztarła pana Edwardsa na miazgę (a wiedziała dokładnie, kiedy to nastąpiło), zaczęła go okradać. Przetrząsała mu kieszenie i wyciągała wszystkie grubsze banknoty, jakie znalazła. Nie śmiał jej o to oskarżać z obawy, by nie odeszła. Biżuteria, którą jej ofiarowywał, znikała, i chociaż Katarzyna utrzymywała, że ją zgubiła, pan Edwards wiedział, iż została sprzedana. Nabijała rachunki ze sklepu spożywczego, podwyższała ceny sukien. Nie mógł się zdobyć, by położyć temu kres. Wprawdzie nie sprzedała domku, ale obciążyła jego hipotekę, na ile tylko zdołała.” (138)

Dopełnijmy jeszcze tylko obraz nieszczęścia:

„Pewnego wieczoru pan Edwards stwierdził, że jego klucz nie pasuje do zamka u frotowych drzwi.” (138)

Śmiech na sali. Ale trzeba dotknąć dna, żeby otrzeźwieć. Pan Edwards, a przy okazji i my, odkrywa dziwną słabość Cathy – pod wpływem alkoholu całe siedzące w niej zło zaczyna wyłazić na powierzchnię, jakby ktoś otwierał niewidzialną furtkę.

Oto, co słyszy pan Edwards od obiektu swoich westchnień:

„– Ty tłusty wieprzu. Co ty o mnie wiesz? Myślisz, że nie potrafię odczytać każdej twojej śmierdzącej myśli? Chcesz, żebym ci powiedziała? Zastanawiasz się, gdzie taka grzeczna panienka jak ja nauczyła się różnych sztuczek. Powiem ci. Nauczyłam się ich w bajzlach – słyszysz? – w bajzlach. Pracowałam cztery lata w takich miejscach, o jakich ci się nie śniło. Te sztuczki przywozili mi z Port Saidu marynarze. Znam każdy nerw w twoim parszywym cielsku i umiem się nim posłużyć.” (140)

To sprawiło, że pan Edwards zaczyna wracać do przytomności. Do tego natrafia w gazecie na relację z pożaru w pewnym miasteczku. Podświadomie zestawia to z Cathy. Dociera do niego, jak niebezpieczna to osoba. Obmyśla plan, żeby się jej pozbyć. Wywozi ją z miasta i…

„Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, kiedy zatrzymali się w ustronnym miejscu pomiędzy kamiennym murem a rzędem cedrów, było wyrwanie jej z ręki torebki i przerzucenie przez mur. To załatwiło nóż. Jednakże nie znał sam siebie, ponieważ jeszcze nigdy w życiu nie kochał się w żadnej kobiecie. Sądził, że chce ją tylko ukarać. Po dwóch uderzeniach kańczug przestał mu wystarczać. Cisnął go na ziemię i wziął się do pięści. Oddech dobywał mu się z płuc jękliwymi sapnięciami.” (143)

Edwards zostawia ją, myśląc, że nie żyje. Jednak z takich osób życie nie ucieka łatwo. Poważnie ranną dziewczynę znajduje Adam Trask, czym rozpoczyna kolejny etap w jej życiu.

Ale o tym później.

P.S. Wielokrotnie podkreślałem wartość poznawczą książek. Jeżeli uczennice nie wiedzą, po co nauczycielka każe im czytać szkolne lektury, niech spojrzą na Cathy Ames z „Na wschód od Edenu”. Sposób, w jaki poradziła sobie z panem Edwardsem jest wręcz wzorcowy, więc należy nauczyć się go na pamięci i stosować, stosować i jeszcze raz stosować!

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

poniedziałek, 4 listopada 2013

JEJ PORTRET

Jej portret
Jakiś czas temu wyrwało mi się, że w „Na wschód od Edenu” jest postać, która stanowi chyba jeden z najbardziej fascynujących „czarnych charakterów”, jaki kiedykolwiek pojawił się na kartach książek. Tą postacią, tym „czarnym charakterem” jest Cathy Ames. Przyznacie, że imię i nazwisko brzmią dosyć niewinnie. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom! Wielu przed Wami źle ją oceniło i zapłaciło za te błąd straszliwą cenę.

Nie chcę być gołosłowny i oskarżać kogoś bez przedstawiania dowodów. Będziecie mieli dowody! Na podstawie kilku starannie dobranych cytatów pokażę Wam, kim była naprawdę Cathy Ames. Prześledzimy jej drogę życiową od początku aż do smutnego końca.

Na początek pierwsza z prób uchwycenia tego, kim była. W „Na wschód od Edenu” próby te będzie narrator podejmował wielokrotnie, ważąc możliwe odpowiedzi z dokładnością aptekarza. Ale ta jest pierwsza. Interpretacja „z grubej rury”:

„Wierzę, iż są na świecie potwory zrodzone z ludzkich istot. (…) Ale podobnie jak istnieją potwory fizyczne, czy nie mogą narodzić się potwory umysłowe albo psychiczne? Wyglądają normalnie, lecz jeśli wykoślawiony gen lub zdeformowane jajeczko może wytworzyć fizycznego potwora, to czyż ten sam proces nie może wytworzyć zdeformowanej duszy?” (106)

Hmm, więc zaczynamy od medycyny… Czym, zdaniem narratora, charakteryzuje się „potwór psychiczny”?

„Potwory są mniejszymi lub większymi odchyleniami od przyjętej normy. Podobnie jak dziecko może narodzić się bez ręki, tak ktoś może narodzić się bez dobroci czy potencjalnego sumienia. Człowiek, który traci rękę w wypadku, musi włożyć wiele wysiłku, żeby przystosować się do tej ułomności, natomiast ten, kto przychodzi na świat bez ręki, cierpi jedynie przez to, że ludzie uważają go za dziwoląga. Ponieważ nigdy nie miał rąk, nie może odczuwać ich braku.” (106)

Dwa ostatnie zdania są szczególnie ważne. Warto je zapamiętać, bo w dalszej części „Na wschód od Edenu” powracać będzie motyw poczucia braku zrozumienia u innych ludzi, jakie przejawiała będzie momentami Cathy.

Ale na razie uświadommy sobie istnienie drugiej strony „psychicznego wykoślawienia” – inni mnie nie rozumieją, ale ja też innych nie rozumiem:

„(…) Nie, potworowi normalność musi wydawać się właśnie czymś potwornym, gdyż każdy uważa sam siebie za normalnego. Dla wewnętrznego potwora jest jeszcze bardziej niepojęta, ponieważ nie ma on nic widomego, co mógłby porównać z innymi. Człowiekowi, który przyszedł na świat bez sumienia, ten, kto cierpi duchowe rozterki, musi wydawać się śmieszny.” (107)

W tym momencie zejdźmy na chwilę z górnolotnych rozważań o potworach różnego rodzaju, a przechodźmy powoli do konkretów:

„W moim przekonaniu Cathy Ames urodziła się z tymi skłonnościami czy też brakiem skłonności, które nią kierowały i powodowały przez całe życie. Jakieś kółeczko mechanizmu zostało źle wyważone, jakieś tryby niewłaściwie dobrane. Nie była podobna do innych ludzi, nie przypominała ich nigdy, od urodzenia. I jak kaleka może nauczyć się wykorzystywać swoją ułomność, tak że w pewnym ograniczonym zakresie staje się sprawniejszy niż ten, kto kaleką nie jest – podobnie Cathy, wykorzystując swoją inność, czyniła bolesny i niepokojący zamęt w swoim świecie.” (107)

Ten cytat sygnalizuje, że Cathy w przyszłości nauczy się czerpać korzyści ze swojej ułomności. Zagadnienie to zostanie rozwinięte później. W tym miejscu jestem Wam winien wyjaśnienie. Naopowiadałem Wam o potworach, więc pewnie ciekawi jesteście, jak też Cathy wyglądała? Szkopuł w tym, że w jej wyglądzie nie było nic potwornego, a wręcz przeciwnie – tak oto narrator opisuje nam jej powierzchowność:

„Jak gdyby natura chciała ukryć pułapkę, Cathy miała od dziecka twarz niewiniątka. Śliczne złociste włosy, szeroko osadzone piwne oczy o ciężkich powiekach nadawały jej tajemniczo senny wyraz. Nos miała cienki i delikatny; kości policzkowe wydatne i szerokie, przechodziły w wąską brodę, tak że jej twarz wykrojem przypominała serce.” (107-108)

Dosyć tej słodyczy! Narrator dalej rozpływa się w opisach fizjonomii Cathy, ale mnie zrobiło się za słodko. Na milę czuć tutaj jakiś fałsz. Czytając to, miałem wrażenie, że przedmiotem opisu jest anioł, a nie potwór. Anielski opis dopełnia jeszcze wzmianka o aurze, którą Cathy roztaczała, gdziekolwiek się pojawiała:

„Już jako dziecko miała w sobie coś, co sprawiało, że przyciągała uwagę. Ludzi niepokoiła w niej jakoś obcość. Coś dziwnego wyzierało z jej oczu, po chwili znikało i spojrzenie nabierało innego wyrazu. (…) Ludzie czuli się z Cathy nieswojo, ale nie tak, by chcieć jej unikać. Mężczyźni i kobiety pragnęli na nią patrzeć, przebywać blisko niej, jakoś odgadnąć, co powoduje ów niepokój, który rozsiewa nieuchwytnie wokoło.” (108)

Pisząc, że ta postać jest dla mnie czymś fascynującym, miałem na myśli również takie opisy. Strona 108 to dopiero trzecia, na której Cathy się pojawia, a już narrator zaznacza wokół niej taką demoniczną atmosferę. Ta atmosfera dalej tylko potężnieje. Czytając, ma się wrażenie (nie wrażenie – pewność!), że zaraz stanie się coś strasznego za sprawą tej postaci. Ma się wrażenie, że ciąży na niej jakieś fatum, że to nie człowiek, tylko zesłany na ziemię demon (do demonów zresztą zostanie w pewnym momencie porównana przez pewnego Chińczyka nazwiskiem Li).

Powyżej napisałem, że Cathy czegoś brakuje i że uczyniła z tego zaletę. Trudno konkretnie wskazać, czego w niej brakowało („jakieś kółeczko mechanizmu źle wyważone”). Rozważania na ten temat powracają wielokrotnie na kartach „Na wschód od Edenu” i nie są jednoznaczne. Postacie, którym Steinbeck każe myśleć o Cathy lub z nią rozmawiać, wielokrotnie demonstrują swoją dezorientację.

Przykład pierwszy:

„(…) Rozmyślałem o tym przez wiele godzin i nadal nie wiem. Ona jest tajemnicą. Mam wrażenie, że nie jest podobna do innych ludzi. Czegoś w niej brak. Może dobroci albo sumienia. Człowieka można zrozumieć tylko wtedy, gdy się go czuje w sobie. A ja jej nie mogę wyczuć. Kiedy tylko o niej pomyślę, moje wyczucie natrafia na ciemność.” (629)

Przykład drugi:

„(…) Bo teraz już wiem, że w tobie czegoś brak. Niektórzy ludzie nie widzą koloru zielonego, ale mogą się o tym nigdy nie dowiedzieć. Mam wrażenie, że ty jesteś tylko częścią ludzkiej istoty. Nie mogę nic na to poradzić. Ale zastanawiam się, czy kiedykolwiek czujesz, że dokoła ciebie jest coś niewidzialnego.” (544)

Przykład trzeci:

„(…) Wiem, czego ty nienawidzisz. Nienawidzisz w ludziach czegoś, co jest dla ciebie niezrozumiałe. Wcale nie tego, co jest w nich złe. Nienawidzisz w nich dobra, do którego nie masz dostępu.” (457-458)

Podkreślam, że te wszystkie odpowiedzi, które padły w powyższych przykładach, to tylko interpretacje, próby zrozumienia Cathy. Tak jak powiedziano, ona była tajemnicą. Faktem jest, że wokół siebie dostrzegała tylko i wyłącznie zło i szybko zrozumiała, że ta „przenikliwość” zapewnia jej przewagę:

„Prawie każdy na świecie ma pewne apetyty i impulsy, odruchy uczuć, wyspy samolubstwa, żądze zaledwie ukryte pod powierzchnią. A większość ludzi albo trzyma takie rzeczy na wodzy, albo folguje im potajemnie. Cathy nie tylko dostrzegała u innych takie impulsy, ale umiała je obracać na swoją korzyść. (…) Wcześnie zrozumiała, że seksualizm wraz z towarzyszącymi mu tęsknotami i cierpieniami, zazdrością i wszystkimi tabu jest najbardziej niepokojącym popędem, jaki mają ludzkie istoty. (…) Cathy pojęła, że posługując się ową cząstką ludzkiej natury, może uzyskać i zachować władzę niemal nad każdym. (…) Mając lat dziesięć Cathy wiedziała już coś niecoś o sile popędu płciowego i zaczęła na zimno z nim eksperymentować.” (110-111)

Na czym polegały te eksperymenty? Cathy zaczęła „udostępniać” swoje wdzięki chętnym chłopcom w jej wieku. Robiła to w zamian za różne upominki. Pewnego dnia jej fatalny urok padł na młodego nauczyciela, Jakuba Grewa. Nauczyciel niedługo po tym popełnił samobójstwo. Oto, jak Cathy potem opisuje to zdarzenie, a przy okazji swoje dzieciństwo:

„To nie jest nienawiść, ale pogarda. Kiedy byłam mała, wiedziałam, co to za głupi, zakłamani durnie… Moja własna mamunia i tatuńcio, udający dobroć. A wcale dobrzy nie byli. Poznałam się na nich. Umiałam tak nimi pokierować, że robili, co chciałam. Zawsze potrafiłam tak kombinować, żeby ludzie robili, co chcę. Kiedy dorastałam, doprowadziłam jednego gościa do samobójstwa. Też udawał dobrego, a chciał tylko położyć się do łóżka ze mną – małą dziewczynką.” (455)

Tutaj przy okazji pojawiają się inne możliwe interpretacje zachowania Cathy: Cathy – ofiara rodziców-hipokrytów (zostawiam tę interpretację fanom burzenia tradycyjnego modelu rodziny) oraz Cathy – demaskatorka zła (nad tą interpretacją się jeszcze pochylimy).

Na razie zamknęliśmy wiek dziecięcy Cathy. Jej życie trwa jednak dalej, a jakie było, o tym w swoim czasie.

Ciąg dalszy nastąpi

P.S. Dobra rada – kto ma dzieci, niech od teraz pilnie się im przypatruje!

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 13 października 2013

SAMOTNY SELF-MADE-MAN

Tak wygląda geniusz
Są w „Na wschód od Edenu” takie momenty, kiedy John Steinbeck zapomina na chwilę o wątku fabularnym, zostawia swoich bohaterów i zaczyna snuć bardziej ogólne rozważania. Tak więc rozdział trzynasty otwiera ogólna refleksja Autora o strasznym wieku dwudziestym:

„Na świecie zachodzą wielkie przemiany, jawią się siły kształtujące przyszłość, a jej oblicza nie znamy. Są między nimi takie, które wydają nam się złe, może nie same w sobie, ale dlatego, że zmierzają do usunięcia innych rzeczy, uznawanych przez nas za dobre. Prawdą jest, dwóm ludziom łatwiej dźwignie się większy kamień niż jednemu. Grupa może budować samochody szybciej i lepiej niż pojedynczy człowiek, a chleb z ogromnej piekarni-fabryki jest tańszy i bardziej jednolity. Ponieważ nasze pożywienie, odzienie i mieszkanie powstają wśród zawiłości masowej produkcji, więc też masowa metoda musi przeniknąć do naszego myślenia i wyeliminować wszelkie inne. W naszych czasach produkcja masowa czy kolektywna przedostała się do ekonomii, polityki, a nawet religii, tak że niektóre narody zastąpiły pojęcie Boga pojęciem kolektywu. Tu w moich czasach tkwi niebezpieczeństwo.” (184-185)

Jest to wyraźne odwołanie do dwóch ideologii dwudziestego wieku: faszyzmu i komunizmu. Ideologii, w których interes grupy, rozumianej zresztą najczęściej jako interes wąskiej klasy rządzącej, dominuje nad interesem jednostki. John Steinbeck stawia się wyraźnie w opozycji do nich. Według niego narzędziem, dzięki któremu można z nimi walczyć i je zwyciężyć jest wolny ludzki umysł:

„Rodzaj ludzki jest jedynym rodzajem twórczym i posiada jedyne twórcze narzędzie: indywidualny umysł i duch człowieka. Nic nigdy nie zostało stworzone przez dwóch ludzi. Nie ma dobrej współpracy czy to w muzyce, czy w sztuce, w poezji, matematyce czy filozofii. Kiedy już się dokonał cud tworzenia, grupa może go rozbudować i rozszerzyć, ale nigdy niczego nie stworzy. Skarb ten spoczywa w samotnym umyśle człowieka.” (185)

Rozumiem powody, dla których człowiek mający za sobą doświadczenia dwudziestego wieku takie zdania musiał napisać. Rozumiem, że musiał postawić się w opozycji do tego, co wtedy obserwował, i to pchnęło go do takiego wniosku. Ja jednak jestem wolny od smutnych doświadczeń Johna Steinbeck i innych ówczesnych ludzi, i mogę napisać, że mam wątpliwości, czy samotny umysł jest rzeczywiście tak genialny, jak chce tego Steinbeck.

John Steinbeck na początku rozdziału trzynastego kreuje moim zdaniem idealistyczny obraz „światłości” znienacka zapładniającej umysł człowieka. Historie Newtona, którego pod jabłonią nagle olśniewa genialna myśl albo Archimedesa wyskakującego z wanny z okrzykiem „Eureka!” można włożyć między bajki. Niczym innym jak legendą są tzw. „self-made-mani”, czyli ludzie zawdzięczający wszystko tylko i wyłącznie sobie. W przyrodzie takie rzeczy się nie zdarzają.

Tak naprawdę większość odkryć została poczyniona dzięki ludziom, którzy wzajemnie na siebie oddziaływali, wzajemnie się inspirowali albo przez grupy badawcze. Zobaczcie, ile nagród Nobla zostało przyznanych zespołom chemików czy fizyków. Zdaniem Steinbeck tymczasem „nic nigdy nie zostało stworzone przez dwóch ludzi”, czyli ich osiągnięcia nie miały prawa dojść do skutku. A co więc z tak popularną firmą Apple? Nie została ona stworzona wbrew obiegowej wiedzy przez jednego człowieka, a przez dwóch, bo Jobsowi pomagał Steve Wozniak. Nie inaczej było z Microsoftem. Firma kojarzona tylko i wyłącznie z Gatesem została założona przez jeszcze jednego człowieka: Paula Allena.

A spójrzcie na mnie. Skreśliłem tych parę słów od siebie, nikt mi nie pomagał. Ale nie byłoby ich gdyby nie lektura „Na wschód od Edenu” i chęć polemiki z Autorem.

To jest właśnie porażka naszych czasów, że z jednej skrajności, czyli tępego kolektywizmu, ludzie gładko przeszli na kult indywidualizmu, który oznacza samotność, bezsilność i brak inwencji twórczej.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 22 września 2013

PAMIĘTAĆ CZY NIE PAMIĘTAĆ

Kiedy się dużo czyta jakiegoś autora, a zwłaszcza gdy się coś o nim próbuje pisać, zaczynają same do ciebie przychodzić dotyczące jego twórczości wnioski. Mnie jeden taki wniosek właśnie naszedł. Mianowicie podczas lektury „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka uderzyło mnie, że ten autor bardzo często w różnych swoich książkach zwraca naszą uwagę na to, jak wybiórcza  i w związku z tym zawodna potrafi być ludzka pamięć.

Pozwólcie, że poniżej zacytuję krótki fragment „Na wschód od Edenu”, który doprowadził mnie do takiego wniosku:

„Otóż i widzicie, jak ta książka dotarła do wielkiej granicy, którą zwano rokiem tysiąc dziewięćsetnym. Nowe sto lat zmełło się i ubiło, a wydarzenia owego okresu zaciemnione zostały przez to, jak ludzie chcieli je sobie wyobrażać: im dalej wstecz, tym bogatsze i donioślejsze.” (181)

Zgodzicie się chyba, że te słowa są prawdziwe. Możemy je nawet potwierdzić na naszym polskim przykładzie: im dalej od okresu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, tym więcej jest ludzi, którzy głoszą, że „za komuny było lepiej” (słyszałem to nawet od ludzi, którzy w 1989 mieli około 10 lat i siłą rzeczy mało z tamtego okresu pamiętają). Przeszłość zawsze jest lepsza od teraźniejszości, a w przyszłość należy patrzeć z obawą i wstrętem:

„Starcy, którzy nie wiedzieli, czy przekołaczą się przez granicę nowego stulecia, oczekiwali go z odrazą. Albowiem świat się zmieniał, znikał zeń urok i cnota. Troska zakradła się na wietrzejącą ziemię, a ileż utracono – dobre maniery, swobodę, piękno! Damy nie były już damami i nie mogłeś ufać słowu dżentelmena.” (181)

Z tych słów wynika, że dzieje ludzkości to nieustanny zjazd po równi pochyłej aż ku ostatecznemu upadkowi. Nie wydaje się to być prawdą. Steinbeck podaje wiarygodny argument, dlaczego ludzie zawsze wyżej stawiają przeszłość od teraźniejszości:

„Wspomnienia zacierały się nieco, bo jakże można pamiętać smak przyjemności czy bólu, czy dławiącego wzruszenia? Pamiętać można jedynie to, że się takie rzeczy przeżyło.” (182)

Otóż to. Taka jest prawda. Zawsze bardziej boli, to co dzisiaj, niż to, co było wczoraj.

Ale Steinbeck rozważa dalej. Jego rozważania zaczynają przypominać dyskusję na temat przeszłości. Zaczynają padać argumenty, że odchodzący wiek (w tym przypadku XIX) wcale nie był taki mlekiem i miodem płynący, jak chcieliby sklerotyczni starcy. Padają przykłady „wielkich złodziei grosza publicznego”, wojny domowej, „wyrywania sobie publicznej ziemi” i bankructwa.

I wtedy padają zupełnie odmienne słowa niż na początku:

„Do diabła z tym parszywym stuleciem! Skończmy z nim i zatrzaśnijmy za sobą drzwi! Zamknijmy je jak książkę i czytajmy dalej co innego! Nowy rozdział – nowe życie. Człowiek będzie miał czyste ręce, kiedy raz zatrzaśniemy wieko tego cuchnącego stulecia. Czeka nas jasna przyszłość. Nie masz zgnilizny na tych czystych, nowych stu latach. Nie wypełniły się jeszcze – a każdy nikczemnik, który chciałby coś zaharapczyć dla siebie z tego nowego bogactwa lat – no, takiego ukrzyżujemy łbem w dół nad kloaką.” (183)

Jeżeli mówiłem, że idealizowanie przeszłości to przykład wybiórczej pamięci, to wołanie „wybierzmy przyszłość” jest takim samym mitem. Nie można uciec od przeszłości. Ona wpływa na teraźniejszość czy tego chcemy, czy nie. Człowiek nie będzie od razu miał czystych rąk, gdy się zapomni o tym, co kiedyś robił. Będzie odwrotnie – jeżeli się spuści zasłonę zapomnienia na jego dawniejsze czyny, to dalej w  najlepsze będzie brudził świat swoimi nieczystymi łapskami.

Steinbeck wiedział, że wiek XX wcale nie okazał się lepszy niż XIX. Swoją książkę wydał w 1952 roku, w kilka lat po najstraszniejszej wojnie w dziejach świata.

To kto więc miał rację? Sklerotyczni starcy czy ludzie, którzy „wybierają przyszłość”?

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 8 września 2013

JAK TRZEBA KŁAMAĆ

Spośród rozmaitych funkcji, jakie spełnia blog „Dziennik lektury”, można wyróżnić także funkcje edukacyjne. I to edukacyjne w bardzo szczególnym znaczeniu. Dzisiaj w Polsce dyskutuje się zawzięcie, jak powinna wyglądać nowoczesna szkoła, i czego powinna dzieci uczyć. Niektórzy mówią, że trzeba im więcej historii i polskiego, inni chcieliby więcej matematyki i języków obcych, jeszcze inni chcieliby, żeby szkoła skupiała się tylko na umiejętnościach „praktycznych” – na przykład nauce wypełniania druków urzędowych. Ja znam jednak takie umiejętności, które jeszcze bardziej się przydają niż umiejętności wypełniania druków urzędowych i postaram się Wam je przekazać. Dzisiaj nauczymy się, jak należy kłamać, żeby się nie wydało.

Oczywiście to nie ja będę Was uczył, tylko John Steinbeck i jego „Na wschód od Edenu”. Zaczniemy klasycznie – posłuchajcie najpierw definicji. Jaka jest różnica między kłamstwem a opowieścią (modnie mówiąc – narracją)?

„Myślę, iż różnica między kłamstwem a opowieścią polega na tym, że opowieść posługuje się akcesoriami i pozorami prawdy w interesie zarówno słuchacza, jak i odbiorcy. Opowieść nie ma w sobie ani zysku, ani straty. Natomiast kłamstwo jest środkiem zapewniającym korzyść albo ucieczkę.” (109)

Jasne? Skoro tak, to jak należy skutecznie kłamać, dowiemy się od Cathy, żony Adama Traska, matki jego dwóch synów, Aarona  i Kaleba, a zarazem jednej z najbardziej niezwykłych i demonicznych postaci, jakie tylko można spotkać w literaturze:

„Kłamstwa Cathy nigdy nie były niewinne. Na celu miały wymiganie się od kary lub pracy czy odpowiedzialności i uzyskanie jakiejś korzyści. Większość kłamców daje się przyłapać, ponieważ albo zapominają, co powiedzieli, albo ich kłamstwo staje niespodziewanie wobec niezaprzeczalnej prawdy. Jednakże Cathy nie zapominała swoich kłamstw i przyjęła najskuteczniejszy system kłamania. Trzymała się na tyle blisko prawdy, że nigdy nie miało się pewności. Znała także inne metody: albo przeplatanie kłamstw prawdą, albo mówienie prawdy tak, jakby była kłamstwem. Jeżeli kogoś oskarżą o kłamstwo, które okaże się prawdą, wówczas zyskuje on pewien kredyt, który trwa długo i może pokryć znaczną ilość nieprawd.” (109-110)

Postaram się teraz podsumować ten krótki fragment i wydestylować dla Was w postaci kilku iście szkolnych punktów podstawowe wnioski:
  1. Nigdy nie zapominaj, co nakłamałeś;
  2. Obuduj kłamstwo możliwie największą ilością prawdziwych lub półprawdziwych zdarzeń;
  3. Staraj się uzyskać „kredyt prawdomówności”.
I jeszcze jedno. Mówią nam, że trzeba z listy lektur obowiązkowych wyjmować coraz to nowe pozycje, bo ich znajomość jest podobno niepotrzebna ludziom w pracy zawodowej i ogólnie w dorosłym życiu. Powyżej udowodniłem, że jest wprost przeciwnie…


Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 28 lipca 2013

ZNOWU O DZIECIACH

Dziś ponownie o dzieciach. Okazuje się bowiem, że są one wdzięcznym tematem do obserwacji dla dorosłych. Co ciekawe, dorośli zachowują się podczas tych obserwacji z takim chłodnym dystansem i badawczym zaciekawieniem, jakby badali nie kogoś, kim przecież kiedyś sami byli, tylko przedziwne okazy fauny i flory. Dodam jeszcze, że zawsze w rozważaniach intelektualistów na temat dzieci pobrzmiewa poczucie, że ma się przed sobą jakieś tworzywo, które daje im możliwość urabiania zgodnie z panującymi aktualnie poglądami na temat hodowli przyszłych idealnych obywateli.

Ale zostawmy dygresje na boku i skupmy się na stronach 108 i 109 wielkiej powieści Johna Steinbecka „Na wschód od Edenu”:

„Większość dzieci nie cierpi odmienności. Chcą wyglądać, mówić, ubierać się i zachowywać tak jak wszystkie inne. Jeżeli moda ubioru staje się niedorzeczna, dla dziecka jest bólem i zmartwieniem nie nosić owej niedorzeczności. Gdyby przyjęto nosić naszyjniki z kotletów wieprzowych, smutne byłoby to dziecko, które by ich nie mogło włożyć. Taka niewolniczość wobec grupy zazwyczaj rozciąga się na każdą grę, każdy obyczaj, towarzyski czy inny. Jest to kolor ochronny, który dzieci przybierają dla własnego bezpieczeństwa.” (108-109)

W zasadzie w tym cytacie nie ma się do czego przyczepić. Każdy chyba potwierdzi, że dzieci w taki właśnie sposób postępują. Mogę jedynie Steinbeckowi zarzucić to, że w powyższych zdaniach tego typu zachowanie ogranicza wyłącznie do dzieci. Czy dorośli wyzbywają się z wiekiem tego typu konformizmu? Oczywiście, że nie. Przybierają taki sam „kolor ochronny” jak młodsi.

Skoro jednak ograniczamy się dziś do dzieci, to wyjaśnijmy, po co im ten „kolor ochronny”. Moim zdaniem dzieci, jako osoby niedoświadczone, które niczego jeszcze nie widziały i nie mają własnych przemyśleń, są bardziej skłonne do bezrefleksyjnego przyjmowania wzorców z otoczenia, nawet w tak trywialny sposób, jaki zauważył Steinbeck. Trudno przecież oczekiwać, że kilku- czy kilkunastoletnie dzieci będą przejawiać silny indywidualizm i mieć własne poglądy na życie. I o ile dzieci tłumaczy niedoświadczenie, to dorosłych już nie. Dziecko na ogół nie jest w stanie dokonać świadomego wyboru, a dorosły już tak. Ten sam „kotlet wieprzowy” na szyi dziecka mniej razi niż na szyi dorosłego.

Dlatego, jak zaznaczyłem na wstępie, taka pełna moralizatorstwa krytyka dzieci ze strony przeintelektualizowanych dorosłych nieco mnie uwiera.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 21 lipca 2013

POWRÓT DZIENNIKA LEKTURY

Na dworze nie za ciepło, co jest znakiem, że wakacje już się skończyły. Nadszedł zatem również czas na zakończenie wakacji od „Dziennika lektury”.

W „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka jest ciekawy fragment dotyczący upływającego czasu. Przyczynkiem do rozważań jest pobyt Adama Traska w wojsku, który, poza małymi wyjątkami, okazał się trudną do zniesienia bezczynnością.

„Upływanie czasu jest dziwną i wewnętrznie sprzeczną sprawą dla ludzkiego umysłu. Byłoby rzeczą rozsądną mniemać, że czas unormowany czy niewypełniony wydarzeniami musi się ciągnąć bez końca. Tak być powinno, ale tak nie jest. Właśnie nudne, puste okresy nie mają żadnej rozciągłości. Natomiast czas przetykany ciekawymi zdarzeniami, kaleczony tragedią, rozczepiany radością – wydaje się długi we wspomnieniach. I słusznie, jeżeli się nad tym zastanowić. Bezzdarzeniowość nie posiada słupów, na których można by rozpiąć trwanie. Między niczym a niczym nie ma odstępu czasu.” (82-83)

Uzupełniłbym tutaj pisarza. Mówi on wyraźnie, że gdy wspominamy przeszłość, to ta wypełniona różnymi zdarzeniami wydaje nam się dłuższa od tej, w której nic się nie działo. To logiczne, bo jak można zmierzyć czas czegoś, jeżeli nie sposób wyznaczyć jego zakresu początkowego i końcowego, które tworzą jakieś zdarzenia („słupy”, o których wspomina Steinbeck). Ale przecież tak samo logiczne wydaje się stwierdzenie, któremu Steinbeck w swoim wywodzie stara się zadać kłam, polegające na tym, że ten sam czas wydaje się krótszy wtedy, kiedy jest on czymś wypełniony, a dłuższy wtedy, kiedy pozostajemy bezczynni i się nudzimy.

Otóż oba te zdania są poprawne Steinbeckowi chodziło tylko o wspominanie przeszłości, a nie o teraźniejszość. Można więc powiedzieć, że gdy wracamy do czegoś pamięcią, to czas przyspiesza. Kiedyś nudziliśmy się przy czymś śmiertelnie, minuty zdawały się być godzinami, ale gdy wspominamy ten okres po latach, to wydaje nam się krótki jak z bicza strzelił.

Magia.

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.

niedziela, 12 maja 2013

ŻOŁNIERKA 2


Ostatnim razem dowiedzieliśmy się z „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka, że żołnierzy po to się w koszarach upokarza, miesza z błotem, pozbawia prawa do resztek indywidualności, żeby na polu bitwy nie doznali „szoku termicznego”, polegającego na gwałtownym przejściu z kantyny czy klubu oficerskiego w miejsce, gdzie krew się leje strumieniami, a głowy i kończyny fruwają w powietrzu.

Nazwałem to wtedy bardzo swoistym procesem wychowawczym. Coś w tym jest, bo tak jak szkoła przygotowuje dziecko do funkcjonowania w społeczeństwie, tak koszary przygotowują żołnierza do tego, co go czeka.

Jak się jednak okazuje, dwa pokazane wyżej modele wychowania pozostają za sobą w dużej sprzeczności:

„(…) od początku dziejów uczono ludzi, że zabicie człowieka jest złem, z którym nie wolno się pogodzić. Każdy, kto zabija, musi być zniszczony, bo to wielki grzech, może najgorszy, jaki znamy. I potem bierzemy żołnierza, dajemy my mu do rąk broń i mówimy: ‘Użyj jej dobrze, użyj mądrze’. Nie nakładamy mu żadnych hamulców. ‘Idź i zabij tylu swoich braci pewnej kategorii czy gatunku, ilu zdołasz. A my cię za to nagrodzimy, bo to jest pogwałceniem twojego pierwotnego wychowania’.” (39)

Czy można tu mówić o jakiejś „mądrości etapu” – teraz uczymy dziecko, żeby się dopasowało do społeczeństwa (żeby chociaż innych nie zabijało – wymóg najbardziej podstawowy), ale gdy okoliczności się zmienią i pojawi się na horyzoncie jakiś wróg, to zmieniamy przekaz?

Wydaje mi się jednak, że trudno tutaj mówić o jakiejś ciągłości pomiędzy pokojem i wojną. Gdyby taka ciągłość była, to można by się oburzać. Wojna to po prostu inna niż wszystkie kartka z kalendarza i trzeba ją traktować jako wyjątek potwierdzający regułę.

Wiemy już, że to, co człowiek robi na wojnie, kłóci się mocno z wychowaniem. (Mała dygresja – mam wątpliwości, czy to, że się nie zabijamy nawzajem, to kwestia wychowania. To bardziej prawo naturalne. Czy w czasach, gdy ludzie nie chodzili do szkoły, wszyscy się zabijali? A teraz, gdy do szkoły chodzą wszyscy, nie ma morderców?).

Wojna kłóci się z czymś jeszcze:

„Od chwili przyjścia na świat wszystkie okoliczności, wszystkie ustawy, reguły i prawa uczą dziecko chronienia własnego życia. Od początku ma ono w sobie taki wielki instynkt, a każda rzecz go potwierdza. A potem zostaje żołnierzem i musi uczyć się gwałcić to wszystko – musi na zimno uczyć się wystawiania własnego życia na szwank bez popadnięcia w obłęd.” (42)

Ale w tym ciemnym tunelu jest nikłe światełko nadziei:

„Prawie każdy człowiek się boi, i nawet nie wie, co powoduje jego lęk – jakieś cienie, troski, niebezpieczeństwa nie mające nazw ani cyfr, bojaźń przed nieokreśloną śmiercią. Jeżeli jednak potrafisz zdobyć się na to, by stanąć twarzą w twarz nie z cieniem, ale z prawdziwą śmiercią, dającą się opisać i rozpoznać, śmiercią od kuli czy szabli, strzały czy lancy, wtedy nie będziesz już musiał się bać, a przynajmniej nie w taki sposób jak przedtem. Wtedy będziesz człowiekiem wyodrębnionym spośród innych ludzi, bezpiecznym tam, gdzie inni krzyczą z przerażenia. To jest wielka nagroda. Wielce prawdopodobne, że jedyna. Może to jest najwyższa czystość, zewsząd otoczona brudem.” (42)

Przypomina mi trochę rojenia Raskolnikowa. Zwłaszcza w ostatnich zdaniach.

I wracając do tego, co było na początku posta – poniżanie w koszarach, drący mordę kapral, cały ten brud ma jednak jakiś sens. Może kapral chce jednak dobrze…

Aż trudno w to uwierzyć…

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.