niedziela, 27 stycznia 2013

WARSZAWKA NA WAKACJACH


W „Gronach gniewu” Johna Steinbecka można znaleźć przepyszny portret zbiorowy przedstawicieli elit intelektualno-biznesowych, udających się na zasłużone wakacje od pracy ciężkiej i pochłaniającej. Dlaczego przepyszny, o tym zaraz się przekonacie.

Zacznijmy od przedstawicielek płci pięknej:

„Suną szosą wielkie luksusowe samochody. A w nich omdlewające, wyczerpane upałem damy, otoczone tysiącem kobiecych akcesoriów: kremów, olejków, substancji barwiących czarnych, różowych, czerwonych, białych, zielonych, srebrzystych, aby móc zmieniać kolor włosów, oczu, ust, paznokci, brwi, rzęs, powiek. Olejki, ziarnka, pigułki, by pobudzić trawienie. Torba z buteleczkami, strzykawkami, pigułkami, pudrami, rozpylaczami, kremami – byle tylko pozbawić stosunki płciowe ryzyka, woni i skutków. I to wszystko, nie licząc strojów. Co za piekielnie kłopotliwe życie!” (229)

Opis trwa dalej w najlepsze, ale będę litościwy (kto chce, niech zajrzy sam do książki!) i przejdę do przedstawicieli płci brzydszej:

„Obok kobiet mali, otyli mężczyźni w jasnych garniturach i słomkowych kapeluszach. Czyści, różowi, o zdumionych, zatroskanych, niespokojnych oczach. Strapieni, bo zawiodły ich ustalone kanony. Spragnieni bezpieczeństwa, a świadomi zarazem, że znika ono z powierzchni ziemi. W klapach marynarek odznaki lóż i klubów, do których uczęszczają i których spotykają równie jak on zafrasowanych człowieczków, upewniając się i przekonując samych siebie, że handel jest rzeczą szlachetną, a nie swego rodzaju zrytualizowanym złodziejstwem, uprawianym z pełną świadomością.” (229-230)

Mała dygresja – o chodzi Steinbeckowi z tym handlem? Żeby to rozjaśnić, cofnijmy się o kilkadziesiąt stron. Znajdziemy tam zapis rozmowy, którą z pewnym sprzedawcą toczą farmerzy, którym z powodu Wielkiego Kryzysu wymówiono dzierżawę i którzy zmierzają do Kalifornii w poszukiwaniu szczęścia.

Najpierw taki fragment:

„Musimy kupić nową oponę, ale, cholera, skórę chcą zedrzeć z człowieka za stare ogumienie. Przejrzą cię na wylot od razu. Wiedzą, że musisz jechać, że nie możesz czekać. I cena idzie w górę.” (178)

Sprzedawca oferuje farmerom oponę za cztery dolary. Zapomina (sic!), że opona ta jest dziurawa jak sito. Farmerzy jednak mają dobre oczy, bo usterkę zauważają.

Oto, jak rozprawiają między sobą w świętym oburzeniu:

„A za kogo ty go miałeś? Tak jak powiedział, nie siedzi tu dla przyjemności. Na tym polega handel. A ty coś myślał? W handlu człowiek musi kłamać i oszukiwać, ale nazywa się to całkiem inaczej. I to jest właśnie ważne. Gdybyś zwędził tę oponę, byłbyś złodziejem, ale kiedy gość chce ci ukraść cztery dolary za dziurawą, to się nazywa po prostu dobry interes.” (179)

Wszystko to prawda, ale czy przypadki, nawet częste, oszustw uprawniają do generalnego stwierdzenia, że handel jest złodziejstwem? To tak, jakby ktoś powiedział, że skoro znany dziennikarz motoryzacyjny spowodował wypadek, to wszyscy dziennikarze motoryzacyjni to piraci drogowi.

Handel istnieje od wieków i jest normalnym ludzkim zajęciem. Handel na pewno nie jest złodziejstwem. To ludzie bywają złodziejami.

Ale wróćmy do meritum. Steinbeck przygotował jeszcze kilka smakowitych kawałków. Wyczuwam wprawdzie, że chodzi mu głównie o krytykę konserwatywnego, pełnego hipokryzji drobnomieszczaństwa, ale, jak zawsze w tym blogu, staram się w literaturze uchwycić treści uniwersalne, wymykające się określonym poglądom na politykę czy społeczeństwo. Chodzi mi o odkrycie jakiejś prawdy, a nie o cel, dla którego to odkrywanie miało służyć. Przytoczone fragmenty można spokojnie potraktować jako ironiczną uwagę na temat różnych dorobkiewiczów. Zacytuję więc jeszcze raz:

„Oto tych dwoje jedzie do Kalifornii. Jadą tam, żeby zasiąść w holu hotelu Beverly-Wilshire i przyglądać się z zawiścią przechodzącym ludziom, żeby patrzeć na góry – pomyśl tylko, na góry i na wysokie drzewa! – on wiecznie zatroskanym wzrokiem, a ona rozmyślając nad tym, że słońce wysuszy jej skórę. (…) W gruncie rzeczy jadą do Kalifornii po to, żeby móc wrócić do domu. Żeby ona mogła powiedzieć: Ta a ta siedziała koło nas przy stoliku w Tocadero. To wydra, ale ubiera się dobrze.” (230)

„Jadą, żeby móc wrócić do domu”. Przypominają mi się te wszystkie objazdowe wycieczki – trwają siedem dni i obejmują zwiedzanie z grubsza 1500 zabytków. Potem idzie się do pracy z planem podróży i plikiem fotek i mówi do kolegów z nutką przechwałki w głosie: „Patrzcie, czego to ja (przez sekundę! – P.B.) nie widziałem!”.

Spójrzmy na „Warszawkę” po raz ostatni. Zrobimy to oczami Mae i Ala, pracowników przydrożnego zajazdu, w którym na chwilę zatrzymali się nasi drobnomieszczańscy przyjaciele:

„– Al, jak pracowałam w tym hotelu w Albuquerque, żebyś ty widział, jak ci dranie kradli. Byle głupstwo. Im ładniejszym przyjechali samochodem, tym więcej potrafili zwędzić: ręczniki, srebra, mydelniczki. W głowie się człowiekowi nie mieści.

Na to Al ponuro:

– A jak myślisz, skąd wzięli te piękne wozy i to wszystko, co wiozą? Urodzili się z tym? To tylko ty nigdy nic nie będziesz miała.” (231)

Ten ostatni cytat najlepszy;)

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012 w tłumaczeniu Alfreda Liebfelda.

środa, 9 stycznia 2013

UWAG KILKA NA TEMAT KARY WIĘZIENIA


Mówi się powszechnie, że kara więzienia jest dla różnej maści przestępców lekka, łatwa i przyjemna i że siedzą sobie oni wygodnie w tych więzieniach i przeżerają nasze podatki (chociaż z tymi podatkami to mam wątpliwości – według oficjalnych danych miesięczne utrzymanie więźnia kosztuje 2,5 tysiąca złotych – na miły Bóg, co tyle kosztuje? Pensje strażników?). Zawsze kara więzienia (zwana naukowo karą pozbawienia wolności) mnie przerażała, nawet bardziej może niż kara śmierci. Wydaje mi się, że przy karze śmierci jest chwila naprawdę potwornego strachu, a potem pyk! – i już po wszystkim, tymczasem przy karze pozbawienia wolności cierpienie (choć uczciwie powiem, że cierpienie raczej znacznie mniejsze) jest niemiłosiernie rozwleczone na lata, miesiące, tygodnie, dni i minuty. Wyobraźcie sobie, że zamykają Was w maleńkim pokoiku na jakiś przerażająco długi okres i z wyjątkiem pewnych wyjątków nie pozwalają wam z tego pokoiku wychodzić. Oczywiście, w życiu na wolności czasami zdarza się, że leniwy człowiek i przez parę dni z rzędu domowych pieleszy nie opuści, ale gdy ktoś nas do tego zmusza, to samo nastawienie jest zgoła inne. Człowiek ma po prostu taką dziwną naturę, że lubuje się zwłaszcza w tym, co zabronione. Gdy mógł – nie wychodził, a gdy nie może – to by sobie wyszedł.

No więc perspektywa spędzenia ładnych paru lat za kratkami może zwalić z nóg, jeżeli się nad nią chwilę zastanowić.

Powyższe rozważania to tylko wstęp do kolejnej prezentacji powieści Johna Steinbecka „Grona gniewu”. Otóż ta powieść zaczyna się od powrotu na łono rodziny Toma Joada, który został warunkowo zwolniony z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok za nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka, który agresywnie zaczepiał go na wiejskiej zabawie.

Poznajmy najpierw jego opinię na temat systemu penitencjarnego:

„(…) więzienie to po prostu sposób doprowadzenia człowieka do szaleństwa. Rozumiesz? Wszyscy tam wariują, a człowiek patrzy na nich, słucha ich i w końcu sam nie wie, czy nie jest wariatem. Gdy zaczynają wyć w nocy, to zdaje mu się, że to on sam wyje, bo też czasem tak bywa. (…) Jest w tym coś, co jest niepodobne do niczego na świecie. Coś łajdackiego. Cała metoda więzienia ludzi to łajdactwo… (261)

No, gwoli komentarza, żeby najpierw doświadczyć na sobie takie łajdactwo trzeba najpierw jakieś łajdactwo popełnić. Ale Tom Joad wyraźnie potwierdza moją tezę, że w więzieniu nie jest wcale lekko.

Prawdziwy Amerykanin z Oklahomy (a takim jest Tom Joad) nie byłby jednak sobą, gdyby nie znalazł jakiegoś sposobu na poradzenie sobie z ciężarem dłużącego się czasu:

„Człowiek nie może myśleć o tym, kiedy go wypuszczą, bo dostałby bzika. Musi myśleć tylko o dniu dzisiejszym, a następnego dnia znów o tym, że w sobotę będzie grał w piłkę. Tak się trzeba nastawić. Tak robią ci, co lepiej poznali więzienie. A nowicjusz dochodzi do tego, że zaczyna tłuc łbem o drzwi celi. Rozmyśla wciąż o tym, jak długo jeszcze będzie siedzieć.” (137)

A na koniec najciekawsze – nieoczekiwany dowód na to, że więzienie jednak w czymś człowieka rozwija. Myślałem wcześniej, że kiedy człowiek przebywa w takiej izolacji od świata (a weźmy jeszcze pod uwagę, iż akcja powieści rozgrywa się w erze przedtelewizyjnej i przedinternetowej), to w tym rozwoju niemalże się cofa. Otóż jest inaczej, bo więźniowie wyrabiają w sobie coś na kształt szóstego zmysłu:

„Gdy się siedzi w kryminale, to człowiek zaczyna… niektóre rzeczy… czuć przez skórę. Nie pozwalają tam na rozmowy – jeszcze we dwóch można zamienić parę słów, ale gadać całą kupą nie wolno. Toteż nabiera się specjalnego węchu. Jeśli się coś szykuje, jeżeli na przykład jakiegoś gościa poniesie i wyrżnie strażnika trzonkiem od miotły, to zanim jeszcze do tego dojdzie, już wiadomo, co się święci. A jeśli zanosi się na ucieczkę czy bunt, nikt nie potrzebuje was o tym zawiadamiać. To się czuje, wiecie?” (370-371)

Życzę sukcesów w Nowym Roku!

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Grona gniewu, Wydawnictwo Prószyński i Sp-ka, Warszawa 2012 w tłumaczeniu Alfreda Liebfelda.