niedziela, 12 maja 2013

ŻOŁNIERKA 2


Ostatnim razem dowiedzieliśmy się z „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka, że żołnierzy po to się w koszarach upokarza, miesza z błotem, pozbawia prawa do resztek indywidualności, żeby na polu bitwy nie doznali „szoku termicznego”, polegającego na gwałtownym przejściu z kantyny czy klubu oficerskiego w miejsce, gdzie krew się leje strumieniami, a głowy i kończyny fruwają w powietrzu.

Nazwałem to wtedy bardzo swoistym procesem wychowawczym. Coś w tym jest, bo tak jak szkoła przygotowuje dziecko do funkcjonowania w społeczeństwie, tak koszary przygotowują żołnierza do tego, co go czeka.

Jak się jednak okazuje, dwa pokazane wyżej modele wychowania pozostają za sobą w dużej sprzeczności:

„(…) od początku dziejów uczono ludzi, że zabicie człowieka jest złem, z którym nie wolno się pogodzić. Każdy, kto zabija, musi być zniszczony, bo to wielki grzech, może najgorszy, jaki znamy. I potem bierzemy żołnierza, dajemy my mu do rąk broń i mówimy: ‘Użyj jej dobrze, użyj mądrze’. Nie nakładamy mu żadnych hamulców. ‘Idź i zabij tylu swoich braci pewnej kategorii czy gatunku, ilu zdołasz. A my cię za to nagrodzimy, bo to jest pogwałceniem twojego pierwotnego wychowania’.” (39)

Czy można tu mówić o jakiejś „mądrości etapu” – teraz uczymy dziecko, żeby się dopasowało do społeczeństwa (żeby chociaż innych nie zabijało – wymóg najbardziej podstawowy), ale gdy okoliczności się zmienią i pojawi się na horyzoncie jakiś wróg, to zmieniamy przekaz?

Wydaje mi się jednak, że trudno tutaj mówić o jakiejś ciągłości pomiędzy pokojem i wojną. Gdyby taka ciągłość była, to można by się oburzać. Wojna to po prostu inna niż wszystkie kartka z kalendarza i trzeba ją traktować jako wyjątek potwierdzający regułę.

Wiemy już, że to, co człowiek robi na wojnie, kłóci się mocno z wychowaniem. (Mała dygresja – mam wątpliwości, czy to, że się nie zabijamy nawzajem, to kwestia wychowania. To bardziej prawo naturalne. Czy w czasach, gdy ludzie nie chodzili do szkoły, wszyscy się zabijali? A teraz, gdy do szkoły chodzą wszyscy, nie ma morderców?).

Wojna kłóci się z czymś jeszcze:

„Od chwili przyjścia na świat wszystkie okoliczności, wszystkie ustawy, reguły i prawa uczą dziecko chronienia własnego życia. Od początku ma ono w sobie taki wielki instynkt, a każda rzecz go potwierdza. A potem zostaje żołnierzem i musi uczyć się gwałcić to wszystko – musi na zimno uczyć się wystawiania własnego życia na szwank bez popadnięcia w obłęd.” (42)

Ale w tym ciemnym tunelu jest nikłe światełko nadziei:

„Prawie każdy człowiek się boi, i nawet nie wie, co powoduje jego lęk – jakieś cienie, troski, niebezpieczeństwa nie mające nazw ani cyfr, bojaźń przed nieokreśloną śmiercią. Jeżeli jednak potrafisz zdobyć się na to, by stanąć twarzą w twarz nie z cieniem, ale z prawdziwą śmiercią, dającą się opisać i rozpoznać, śmiercią od kuli czy szabli, strzały czy lancy, wtedy nie będziesz już musiał się bać, a przynajmniej nie w taki sposób jak przedtem. Wtedy będziesz człowiekiem wyodrębnionym spośród innych ludzi, bezpiecznym tam, gdzie inni krzyczą z przerażenia. To jest wielka nagroda. Wielce prawdopodobne, że jedyna. Może to jest najwyższa czystość, zewsząd otoczona brudem.” (42)

Przypomina mi trochę rojenia Raskolnikowa. Zwłaszcza w ostatnich zdaniach.

I wracając do tego, co było na początku posta – poniżanie w koszarach, drący mordę kapral, cały ten brud ma jednak jakiś sens. Może kapral chce jednak dobrze…

Aż trudno w to uwierzyć…

Cytaty pochodzą z książki: John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego.