niedziela, 9 listopada 2014

W SPRAWIE PRYWATNEJ

Nigdy nie używałem tego bloga w celach prywatnych. Zawsze prezentowałem na nim czyjeś książki i czyjeś myśli, najwyżej czasami je rozszerzając, ale zawsze starając się zachować ducha wypowiedzi Autora. Tym razem chciałbym zrobić mały wyjątek potwierdzający regułę. Być może nastroił mnie do tego okres przedwyborczy, kiedy to kandydaci na radnych wręcz włażą do domów ze swoimi ulotkami, programami i najróżniejszymi prezentacjami. Do sedna - napisałem książkę. Swoją własną. Opatrzoną moim nazwiskiem. Pierwszą w życiu.

To kryminał. Popularny gatunek. Pełno teraz wszędzie kryminałów. Wszyscy je piszą. Napisałem i ja. Prawie trzy lata temu. Porozsyłałem go do chyba z trzydziestu wydawnictw albo i więcej. Odezwało się tylko jedno. Warunek był taki, że będę partycypował w kosztach. Kwota była dosyć duża, ale się zgodziłem, bo na co innego miałem liczyć? Byłem przekonany, że albo oni mnie wydadzą, albo już nigdy mi się nie uda. Od podpisania umowy do wydania książki minęło półtora roku...

Oto, co człowiek musi przecierpieć, żeby wydać książkę.

Wynik tego wszystkiego macie poniżej. Ciekaw jestem, czy warto było wydać tyle pieniędzy i czekać tyle czasu?

http://oficynka.pl/katalog/ludzieprzechodni/ 

niedziela, 12 października 2014

OSTRZEŻENIE

„– Strzeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jednę srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnych łyżek, ci sami, wierz mi, ci sami, Maciejunio i Wojtunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio – Józio! – wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą. Wierz mi! Ja wiem! Grube i dzikie sołdaty ustawią cię pod murem… Nie drgnie im ręka, gdy cię wezmą na cel! Za jednę te oto srebrną cukiernicę!”

Co to za podli osobnicy, w których tkwią instynkty tak mordercze, że gotowi są zabić za nic nie warty przedmiot? Kim są ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem gotowi są człowieka postawić pod ścianą i rozstrzelać? Kryją się oni pod imionami bardzo na pierwszy rzut oka sympatycznymi: ten się nazywa Wojtunio, tamten Maciejunio. Wydawałoby się, że od kogoś, kto się tak nazywa, nic grozić nie może. A jednak.

Wszystkie te Wojtunie i Maciejunie to sługi Hipolita Wielosławskiego, na dwór którego trafia w pewnym momencie swojego życia Cezary Baryka. Są to parobkowie, kucharze, koniarze. Baryka początkowo jest ujęty tym, jak życzliwie odnoszą się oni do swojego pana („życzliwość” to mało powiedziane, przybiera to wręcz rozmiary prawdziwej miłości i przywiązania). Baryka wie jednak o życiu więcej niż wiecznie próżnujący panicz Hipolit. Widział, jak rewolucja w Baku zmieniła takich właśnie poczciwych i oddanych parobków w krwiożerczych złodziei i morderców. Stąd właśnie ta cytowana powyżej wizja.

Wypada się zastanowić, jak to możliwe, że może dojść do tak radykalnej zmiany w zachowaniu ludzi? Wydaje mi się, że wynika to z tego, że ludzie są istotami stadnymi – jeżeli powszechnie kocha się swojego pana i okazuje mu się swoje oddanie, to taki Maciejunio i Wojtunio wiedzą, że tak trzeba się zachowywać i nie będą się z tego wyłamywać. Jeżeli jednak pewien porządek upada, tak jak podczas rewolucji w Baku, i nie wykształcił się jeszcze nowy, to ci ludzie za bardzo nie wiedzą, jak się zachować. Wpadają wtedy w nastrój ogólnego zdziczenia, zwłaszcza jeśli za to, co robią, nie grozi im żadna kara.

Jeżeli wszyscy tak robią i nie grozi żadna kara, to czemu Maciejunio nie ma podwędzić swojemu panu paru sreberek?

Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985

sobota, 23 sierpnia 2014

REWOLUCJA TAK, ALE…


„Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego zawiera opis rewolucji październikowej na jej bakijskim odcinku. Widziana jest ta rewolucja oczami młodego komunisty, Cezarego Baryki. Młody Baryka z różnych przyczyn jest tej rewolucji entuzjastą. Z tego, co mi się wydaje, Autor książki chciał wejść z nim i z jego młodzieńczymi poglądami w pewien dialog. Każe mu obserwować przebieg rewolucji ze wszystkimi jej negatywnymi następstwami, które dotykają młodego Barykę osobiście – rekwirowanie majątku, obniżenie poziomu życia, śmierć ojca i matki oraz terror nowej władzy. Swoisty dialog prowadzą z Cezarym rodzice, którzy starają mu się pokazać, czym naprawdę powinna być prawdziwa rewolucja.

Z uprzejmości zaczniemy od tego, co mówi matka:

„…Twierdziła, że kto by chciał tworzyć ustrój komunistyczny, to powinien by podzielić na równe działy pustą ziemię, jakiś step czy jakieś góry, i tam wspólnymi siłami orać, siać, budować – żąć i zbierać. Zaczynać wszystko sprawiedliwie, z Boga i ze siebie. Cóż za komunizm, gdy się wedrzeć do cudzych domów, pałaców, kościołów, które dla innych celów zostały przeznaczone i po równo podzielić się nie dadzą. Jest to – mówiła – pospolita grabież.” (29)

Ojciec natomiast tuż przed swoją tragiczną śmiercią podczas podróży do Polski roztacza przed synem ideę „szklanych domów” czyli rewolucyjnego rozwiązania, które rzekomo miał wprowadzić w ojczyźnie ich krewniak. Ma być to wizja prawdziwej rewolucji, przeciwstawiona rewolucji rozgrywającej się w Rosji.

„Oto tamten wziął garść piasku, którym wszyscy pogardzali, tchnął weń myśl swoją i na wzór Boga rzekł: <uczynię z tej garści piasku świat nowych zjawisk. Rewolucją istotną i jedyną jest wynalazek. Rewolucją fałszywą jest wydzieranie przemocą rzeczy przez innych zrobionych>”. (76)

Cezary tego nie zrozumiał. Gdy tylko wjechał do Polski i rozejrzał się po przygranicznej wsi gnojnej i spokojnej, zapytał tylko: „Gdzie te twoje szklane domy?”.

Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985

niedziela, 17 sierpnia 2014

REMONTIK

W Przedwiośniu Stefana Żeromskiego znalazłem przepyszny opis podróży pociągiem. Tak właściwie, to opis ten nie jest wcale taki przepyszny, raczej tragiczny, bo ciężkie warunki podróży sprawiają, że spragniony Polski Seweryn Baryka ostatecznie do niej nie dociera. Ja jednak chciałbym skupić się na bardzo charakterystycznym i znamiennym zachowaniu grupy rosyjskich motorniczych podczas rzeczonej podróży. Znaleźć go można poniżej:

Wozy były wyładowane ludźmi, którzy wieźli ze sobą i na sobie całkowity nieraz dorobek długiego życia. Wiedział o tym maszynista prowadzący ów pociąg. Toteż tu albo tam, w mieście lub u jego przedmieść, a nieraz w najszczerszym polu pociąg stawał i stał niewzruszenie. Stał godzinę, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. Pasażerowie błagali maszynistę, żeby jechał - przewodnik, który był poniekąd władzą nad reemigrantami, wchodził z nim w pertraktacje. Maszynista oświadczał sucho, że musi w swojej lokomotywie zrobić pewien remontik. Robił zaś ów remontik dopóty, dopóki przewodnik lub ktoś inny z podróżnych nie obszedł pociągu i nie zebrał składki na szybszą reperację maszyny. (...) Skoro zebrała się suma przedmiotów czy pieniędzy zaspokajająca ambicje maszynisty, nie obraźliwa dla jego godności osobistej, remontik dobiegał do końca.(79)

Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości, po co czytać książki, zwłaszcza stare, to tu ma odpowiedź - trudno o lepszą lekcję życia niż ta wyniesiona z tych kilku zdań. Wyobraźcie sobie, że pociągami dojeżdżam do pracy lub szkoły już bite pięć lat. W tym czasie zdarzyło mi się wielokrotnie przeżyć różne awarie kolejowe - a to napatoczyła się awaria trakcji, a to podmyło tory, a to awaria zwrotnicy, a to wreszcie jakiś desperat rzucił się pod pociąg. Do dzisiaj myślałem, że to zwyczajne przypadki losowe - ot coś tam się stało i trzeba poczekać, aż to naprawią. Dopiero dzisiaj Żeromski uświadomił mi, że pracownicy PKP chcą pieniędzy za ruszenie dalej! A my głupi czekaliśmy zawsze nie wiadomo na co albo wychodziliśmy z pociągu i szliśmy na autobus. Trzeba było zwyczajnie zapłacić i byśmy ruszyli. Jakie to proste...

Człowiek to jednak całe życie się uczy. Z książek.


Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985

niedziela, 20 lipca 2014

DLACZEGO TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE TRUDNE?



Dzisiaj będzie o tym, co dzieci (nawet dorosłe) wiąże z matką i ojcem. W „Przedwiośniu” są dwa króciutkie fragmenty, które najlepiej opisują proces dojrzewania, a w związku z tym oddzielania się dziecka od matki i ojca.


Na początku ten proces będzie ukazany z perspektywy matki:


„A patrząc tak na główkę jedynaka, głęboko rozważała: <Któż to jest, na Boga! ten chłopiec? Oto tajemnica niezbadana poczęła byt zależny jedynie od niej – cząstka jej całości, jak gdyby nowy organ jej ciała, ręka lub noga… Wykarmiła go, wypielęgnowała, wyhodowała. Z roku na rok rósł w jej rękach, w jej oczach, w jej objęciu. Każdy dzień jego zależał od niej, z niej się poczynał, na niej się kończył. Siły swe przelała, życie swe przesączyła kropla po kropli w jego siły. Nastawiła i wyprostowała drogi jego krwi. Nadała mu głos, krzyk, śpiew. A oto teraz obcy się staje i złowieszczy. Obraca się przeciwko niej. Z niego płynie na nią jakieś złe. Bezgraniczna miłość ku niemu przekształca się i przeradza na krzywdę słabego jej ciała i ducha omdlałego. Gdyby go tak bezgranicznie nie kochała, cóż  by jej było, choćby się psuł i, gdzie chce, hasał? Ale on bije w miłość, targa ta siłą, którą go obdarzył jej słaby ostatek mocy>” (19)


Na to, co powyżej, można spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Z jednej strony trudno nie zrozumieć matki, która poprzez najpierw ciążę, a potem opiekę nad dzieckiem w naturalny sposób silnie się z nim związuje. Na tyle silnie, że do końca życia dziecko jest niemalże, jak to opisuje Żeromski, częścią jej ciała. Z drugiej jednak strony jest w tym coś przerażającego. Jeżeli zwrócimy uwagę, z jakim przerażeniem matka reaguje na to, że syn uniezależnia się od niej, zyskuje własne zdanie, podejmuje decyzje, których ona nie pochwala i z którymi się nie zgadza, to widoczne u niej oczekiwanie, że syn całe życie będzie od niej zależny, może nie tak, jak tuż po swoich narodzinach, ale jednak, rodzi skojarzenia z jakąś formą niewoli, swoistego zniewolenia dzieci przez rodziców. Oczekiwanie, że ty, jako dziecko, cały czas będziesz jakoś tam rodzicom podległy, będziesz musiał się z nimi liczyć, nigdy się od nich nie uwolnisz, jest przerażające.


To była matka i jej oczekiwania oraz obawy. Teraz ojciec:


„Nie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła (a zarazem w szczególniejszy sposób łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż przezwyciężał w swym duchu tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie, krępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem – a stary ojciec może rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych.” (87)


Wnioski można w zasadzie wyciągnąć podobne do powyższych. To, co zostało tutaj mocniej zaakcentowane, to to, że rodzicielstwo oznacza faktycznie władzę, którą w pewnym momencie trzeba siłą przełamywać, trzeba się od niej uwolnić, co, jak pokazano wyżej, jest bardzo trudne i wiąże się z pewnym bólem. To, że trzeba w pewnym momencie wyjść i wyraźnie powiedzieć, że kwestionuje się od tej chwili władzę ojcowską jest straszne dla obu stron.


Najlepsze pytanie brzmi, dlaczego to wszystko musi być takie trudne?



Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985

niedziela, 13 lipca 2014

WYJŚĆ Z CIENIA



Po wakacyjnej przerwie w „Dzienniku lektury” kontynuujemy prace umysłowe nad klasyką literatury polskiej. Podążajmy zatem dalej przez karty „Przedwiośnia” i dowiedzmy się, co o życiu ma do powiedzenia Stefan Żeromski (świadomie mówię „ma” a nie „miał”, bo literatura czyni nieśmiertelnym).


Otóż na stronie 18 trafiam na ciekawy portrecik psychologiczny. Przedmiotem tego portreciku jest matka Cezarego Baryki, która po powołaniu męża do wojska zupełnie nie może poradzić sobie z codziennymi obowiązkami. Posłuchajmy:


„Po wyjeździe męża wszystkiego się tutaj bała. Dopóki mąż był w domu, on był osobą – ona cichym i pokornym cieniem osoby. Teraz ów cień musiał stać się figurą czynną. Cień musiał nabrać woli, władzy, decyzji. Jakże ten mus był nieznośny, jak uciążliwy! Musiała wiedzieć o wszystkim, przewidywać, zapobiegać, rozkazywać. Gubiła się w plątaninie swych obowiązków. Nie wiedziała, od czego zacząć, gdzie jest droga i jak nią iść. Wstydziła się i trwożyła. Przeżywała jedną z najsroższych tortur, torturę czynu narzuconą niedołężnej bierności.” (18)


Współczesnemu człowiekowi od razu przychodzą do głowy feministyczne interpretacje powyższych zdań – mąż tak biedną kobiecinę zdominował, tak ją sponiewierał, że gdy go zabrakło, nie mogła sobie w domu poradzić. Problem w tym, że zawsze przy wszelkich interpretacjach trzeba przede wszystkim brać pod uwagę, co miał na myśli autor, a nie co chciałby w tekście widzieć interpretator jakieś sto lat później. Jasne jest, że Żeromski nie mógł rozumować jak człowiek nam współczesny. Na początku dwudziestego wieku rodziły się wprawdzie pierwsze ruchy feministyczne, ale nie podejmę się odpowiedzieć na pytanie, czy Żeromski, pisząc te słowa, jakoś się ruchami feministycznymi inspirował.


Myślę nawet, że można by w tym przypadku zastosować odwrotną interpretację do feministycznej – skoro się mówi, że mężczyźni zepchnęli kobiety do kuchni, no to Barykowa oczywiście taką kobietą nie była. Kobieta zepchnięta do roli obsługi kuchennej i domowej powinna być z tego względu dobrze zaznajomiona z wszystkim, co tego dotyczy, a w przypadku Barykowej brak męża powoduje zupełny upadek domu. Co więcej, widać zatem, że sprawy domowe leżały bardziej na głowie męża niż żony (pomijam fakt, że Barykowie na pewno mieli jakąś służbę). To chyba zupełnie rozbija ewentualna interpretację feministyczną tej całej sytuacji, w której znalazła się Barykowa.


Chciałbym więc porzucić te feministyczne i niefeministyczne interpretacje i wyciągnąć z tego cytatu ogólny wniosek – nie jest dobrze kompletnie zdawać się na drugą osobę, nawet jeśli jest to osoba najbliższa. W pewnym momencie może bowiem jej zabraknąć i wdrożenie się do odmienionego życia może sporo zająć czasu (chociaż pani Barykowa później wspaniale sobie radzi w trudnych czasach rosyjskiej rewolucji). Po co jednak sprawiać sobie tyle stresu?


Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985
 

piątek, 2 maja 2014

MIEJSCE PRZODKÓW JEST NA CMENTARZU



Po długich rozmyślaniach postanowiłem w „Dzienniku lektury” kontynuować wątek polski, a nawet arcypolski – po „Złym” Leopolda Tyrmanda następuje „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego.

Myślę, że paradoksalnie będę awangardowy w wyborze tej lektury, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie bierze się za książkę, która jest w spisie lektur i której czytanie nakazuje obowiązek szkolny. A przynajmniej nikt tego nie robi dla przyjemności.

Już pierwsza strona, ba! – pierwsze zdania – dostarczają wysokich myśli do analizy. Oto wzmiankowane wysokie myśli:

„Nie chodzi tutaj – u kaduka! – o herb ani o szereg przodków podgolonych, z sarmackimi wąsami i przy karabelach – ani wydekoltowane prababki w fiokach. Ojciec i matka – otóż i cały rodowód, jak to jest u nas, w dziejach nowoczesnych ludzi bez wczoraj. Z konieczności wzmianka o jednym dziadku, z musu notatka o jednym jedynym pradziadku. Chcemy uszanować nasyconą do pełna duchem i upodobaniem semickim awersję ludzi nowoczesnych do obciążania sobie pamięci wiadomościami, w którym kościele czy na jakim cmentarzu dany dziadek spoczywa.” (7)

Jak ze smutkiem możemy stwierdzić, nic się w tej materii nie zmieniło po dzień dzisiejszy. Sto lat minęło, wiek XXI, a ludzie nadal nie pamiętają swoich pradziadków. Żeromski narzekał, że nie zna swoich pradziadków, no to obecnie prawnuki Żeromskiego nie znają i jego. Tak to bywa.

Oprócz tego wszystkiego zainteresowała mnie wzmianka o „semickich upodobaniach”, zwłaszcza że nie została ona opatrzona stosownym przypisem. Czyżby Żydzi nie zwykli wspominać swoich przodków? Co miał więc na myśli Żeromski? Może chodziło mu tylko o zasymilowanych Żydów? Trudno mi powiedzieć.

Ale na szczęście w Polsce jest wielu ekspertów z tej dziedziny (a już zwłaszcza w Internecie), więc nie będę musiał długo czekać na fachową odpowiedź.

Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985

niedziela, 6 kwietnia 2014

MECZ

Krótkie spotkanie ze „Złym” Leopolda Tyrmanda zakończę wątkiem sportowym. Kulminacyjnym momentem książki jest mecz piłkarski pomiędzy reprezentacjami Polski i Węgier. Wydarzenie to staje się dla grupy przestępczej kierującej warszawskimi konikami okazją do zrobienia przekrętu życia.
 
Jednak nie o planach przestępców, a  o samym meczu chcę napisać. Zawsze sądziłem, że histeria na meta piłki nożnej to znak naszych czasów, lecz opis tego wydarzenia w „Złym” wyprowadził mnie z błędu:

„Wielkie imprezy sportowe rozpętują siły nieobliczalne i zagadnienie organizacji tych imprez stanowi jeden z centralnych problemów współczesnej cywilizacji i obyczajowości. Spokojny, flegmatyczny referent Przedsiębiorstwa Handlu Rzepakiem, chuderlawy i cierpiący w życiu codziennym na nerki, zmienia się w drodze na stadion w motoryczną cząstkę sfanatyzowanego tłumu sportowych kibiców. Utrzymanie w ryzach takiego tłumu, który w zasadzie niczego złego nie czyni i nie wykracza przeciw prawu, jest zadaniem nie lada, zważywszy na to, że tłum ten, chociaż zupełnie wyzbyty niecnych intencji, zawiera w sobie olbrzymią, amoralną dynamikę, która w każdej chwili, błędnie z tego tłumu wyzwolona, może stać się dynamiką niszczącą. Z chwilą gdy niewielka, twarda, uszyta z brązowej skóry piłka staje się symbolem, godłem i totemem, w którym zawarty jest ładunek patriotyzmu, pragnienia i sukcesu, żądzy wywyższenia się ponad innych, namiętnych tęsknot do zwycięstwa i nabrzmiałego krzykiem podziwu setek tysięcy gardeł – wtedy rozpętują się w duszach ludzkich siły nieprzewidziane, a masowość i potęga wyrazu tych sił na trybunach ogromnych stadionów budzi dreszcz przerażenia.” (659-660)

Spora część powyższych rozważań dotyczy psychologii tłumu i tego, w jaki sposób tłum przenosi swoją zbiorową siłę na słabe jednostki (a może odwrotnie – to słabe jednostki przenoszą swoją siłę na tłum). Mnie jednak interesuje bardziej coś innego – otóż stadion stał się miejscem, gdzie wszystkie emocje związane z rywalizacją państw i narodów wybuchają ze zdwojoną siłą. Rywalizacja międzypaństwowa trwa w najlepsze przede wszystkim poza stadionami (gospodarcza, militarna i polityczna), co jest zrozumiałe i naturalne, ale jakoś nigdy przedstawiciele poszczególnych państw się do niej za bardzo nie przyznają, a wręcz wypierają się jej, usypiając wszystkich mitami pokojowej i harmonijnej współpracy we współczesnym świecie. Ale jakoś jednak tak wyszło, że na stadionie to, co jest normalnie wstydliwe i wypierane ze świadomości, jest czymś dozwolonym, a nawet się do tego powszechnie zachęca. Na stadionie flagi, hymny, wspieranie swoich i wygrażanie obcym jest czymś pożądanym, a w normalnym życiu udaje się, że coś takiego nie istnieje.

A co do patriotyzmu kibiców, to znane są zdjęcia porzuconych polskich flag po meczu Polska-Czechy na Euro 2012.


Cytat pochodzi z książki: Leopold Tyrmand, Zły, Wydawnictwo MG, 2011

niedziela, 23 marca 2014

REFLEKSJE HISTORYCZNE

„Złego” Leopolda Tyrmanda nie sposób przyporządkować do kategorii „kryminał”, a potem nie mieć wyrzutów sumienia, bo tak wiele udało się Autorowi umieścić w jednej książce. Jak wskazuje dedykacja na pierwszej stronie: „Mojemu rodzinnemu miastu – Warszawie”, jest to przede wszystkim opowieść o mieście. Miasto to zarówno zamieszkujące je grupy społeczne (Tyrmand opisuje wszystkie – od dołów po same wyżyny) jak i miejsca.
 
W pewnym momencie Autor każe Marcie, jednej z bohaterek książki, udać się na warszawski bazar celem nabycia kostiumu kąpielowego i bluzki. Barwny opis bazaru rozpoczyna się od porównania go z podobnymi miejscami w Rosji, Francji i Polsce. Porównanie to ma na celu uwypuklenie niezwykłości i unikalności warszawskiego, co nie dziwi, jeśli Autor w dedykacji pisze „mojemu miastu”. Jest to rzecz oczywista, że będzie w swojej stronniczości daleko się posuwał.
 
W przypadku warszawskiego bazaru owa unikalność i niezwykłość objawiała się w tym, że główny asortyment stanowiły ubrania i że traktowany był powszechnie za swoistą „kuźnię mody”.
 
Gdy już dowiedzieliśmy się, dlaczego najlepsze były warszawskie bazary, Autor każe biednej Marcie przedzierać się przez plątaninę skleconych byle jak wystaw, zza których jak z zegara z kukułką wyskakują raz po raz sprzedawcy, na różne sposoby zachwalający swój towar.
 
Całą tę handlową gorączkę kwituje Autor niezwykle celnym memento, które zwróciło moją uwagę i stało się powodem napisania tego tekstu:
 
„Handlowanie to namiętność – zamyśliła się Marta – tu wszyscy ogarnięci są namiętnością kupowania i sprzedawania, sam proces handlu pasjonuje ich więcej niż przedmioty transakcji, niż zysk nawet. Polacy obudzili się, jak zawsze, zbyt późno. Dopiero w czasie ostatniej wojny odnaleźli w sobie pasję i talent do handlowania. Tymczasem minęła już dawno era, gdy namiętność do handlu tworzyła wielkie cywilizacje i imperia…” (477)
 
Ciekawe, czy gdy zbudujemy wreszcie wszystkie zaplanowane drogi, świat nie odejdzie już od samochodów?
 
Cytat pochodzi z książki: Leopold Tyrmand, Zły, Wydawnictwo MG, 2011

sobota, 8 marca 2014

JAK SOBIE RADZĄ SZWEDZI?

„Zły” Leopolda Tyrmanda to rozbudowana, wielowątkowa opowieść o powojennej Warszawie. Podnoszące się z ruin miasto trapione jest przez szereg problemów, ale w powieści na plan pierwszy wychodzi zwłaszcza jeden – przestępczość. Warszawiacy na kartach powieści nieustannie nękani są przez zorganizowane grupy przestępcze, bandy chuliganów, a nierzadko i przez hordy zdziczałych wyrostków.
 
W pewnym momencie Tyrmand najwyraźniej chce nam podać rozwiązanie tego problemu. Każe jednemu z bohaterów, redaktorowi Edwinowi Kolanko, opowiedzieć pewną historię z jego pobytu w Szwecji:

„Szwed zaprosił mnie na kufel piwa (…) Wy, na kontynencie – mówił wtedy – uważacie Szwecję za kraj nudny i tępego spokoju. To słuszne. Ale w zamian za to może się pan spokojnie przespać na środku jezdni na peryferiach Sztokholmu i obudzi się pan w zupełnym zdrowiu, ze złotym zegarkiem na ręku, z nietkniętym portfelem i stojącą obok walizką. Tak jest teraz, lecz kiedyś było inaczej. Jeszcze w połowie ubiegłego stulecia słowo Szwed było w Europie synonimem nożownika i bandyty, złodzieja, pijaka i awanturnika. (…) W końcu opinia nasza stała się nieznośna, a życie obyczajowe na granicy anarchii, i zdrowa część społeczeństwa postanowiła wywalczyć spokój. Działo się to kilkadziesiąt lat temu, bandytyzm i chuligaństwo wypalone zostały żelazem jak jad węża, a za uliczne awantury groziła szubienica. Była to walka naśmieć i życie, ale dała rezultaty. (…) Pomogło wydatne zwiększenie kontyngentów dzielnych szwedzkich policjantów uzbrojonych w tęgie gumowe pałki. Fakt, że może się pan przespać na ulicy i nie zostać obrabowanym, zawdzięcza pan temu przede wszystkim, że dwóch takich rosłych chłopców stoi jeszcze ciągle na każdym ulicznym rogu, a łagodność obyczajów ma swoje uroki, niech mi pan wierzy.” (372)

Szwedzi najwyraźniej w owym czasie nie podzielali hurraoptymistycznej wizji człowieka, zgodnie z którą jest to twór z natury dobry, i jeżeli tylko zdejmie się z niego wszystkie ograniczenia, to z automatu zacznie czynić świat lepszym. Najwyraźniej uznali, że natura ludzka jest ułomna, i że jeżeli pozostawi się człowiekowi za dużo wolności, to zacznie źle z niej korzystać. Dlatego postawili na każdym rogu dwóch policjantów – aby pilnowali, jak Szwedzi korzystają ze swobody.

Swoją drogą to bardzo ciekawe, iż za tymi uporządkowanymi i ułożonymi społeczeństwami zachodnimi stoją tak naprawdę dwaj chłopcy z tęgimi pałkami.

Cytat pochodzi z książki: Leopold Tyrmand, Zły, Wydawnictwo MG, 2011