niedziela, 20 lipca 2014

DLACZEGO TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE TRUDNE?



Dzisiaj będzie o tym, co dzieci (nawet dorosłe) wiąże z matką i ojcem. W „Przedwiośniu” są dwa króciutkie fragmenty, które najlepiej opisują proces dojrzewania, a w związku z tym oddzielania się dziecka od matki i ojca.


Na początku ten proces będzie ukazany z perspektywy matki:


„A patrząc tak na główkę jedynaka, głęboko rozważała: <Któż to jest, na Boga! ten chłopiec? Oto tajemnica niezbadana poczęła byt zależny jedynie od niej – cząstka jej całości, jak gdyby nowy organ jej ciała, ręka lub noga… Wykarmiła go, wypielęgnowała, wyhodowała. Z roku na rok rósł w jej rękach, w jej oczach, w jej objęciu. Każdy dzień jego zależał od niej, z niej się poczynał, na niej się kończył. Siły swe przelała, życie swe przesączyła kropla po kropli w jego siły. Nastawiła i wyprostowała drogi jego krwi. Nadała mu głos, krzyk, śpiew. A oto teraz obcy się staje i złowieszczy. Obraca się przeciwko niej. Z niego płynie na nią jakieś złe. Bezgraniczna miłość ku niemu przekształca się i przeradza na krzywdę słabego jej ciała i ducha omdlałego. Gdyby go tak bezgranicznie nie kochała, cóż  by jej było, choćby się psuł i, gdzie chce, hasał? Ale on bije w miłość, targa ta siłą, którą go obdarzył jej słaby ostatek mocy>” (19)


Na to, co powyżej, można spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Z jednej strony trudno nie zrozumieć matki, która poprzez najpierw ciążę, a potem opiekę nad dzieckiem w naturalny sposób silnie się z nim związuje. Na tyle silnie, że do końca życia dziecko jest niemalże, jak to opisuje Żeromski, częścią jej ciała. Z drugiej jednak strony jest w tym coś przerażającego. Jeżeli zwrócimy uwagę, z jakim przerażeniem matka reaguje na to, że syn uniezależnia się od niej, zyskuje własne zdanie, podejmuje decyzje, których ona nie pochwala i z którymi się nie zgadza, to widoczne u niej oczekiwanie, że syn całe życie będzie od niej zależny, może nie tak, jak tuż po swoich narodzinach, ale jednak, rodzi skojarzenia z jakąś formą niewoli, swoistego zniewolenia dzieci przez rodziców. Oczekiwanie, że ty, jako dziecko, cały czas będziesz jakoś tam rodzicom podległy, będziesz musiał się z nimi liczyć, nigdy się od nich nie uwolnisz, jest przerażające.


To była matka i jej oczekiwania oraz obawy. Teraz ojciec:


„Nie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła (a zarazem w szczególniejszy sposób łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż przezwyciężał w swym duchu tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie, krępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem – a stary ojciec może rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych.” (87)


Wnioski można w zasadzie wyciągnąć podobne do powyższych. To, co zostało tutaj mocniej zaakcentowane, to to, że rodzicielstwo oznacza faktycznie władzę, którą w pewnym momencie trzeba siłą przełamywać, trzeba się od niej uwolnić, co, jak pokazano wyżej, jest bardzo trudne i wiąże się z pewnym bólem. To, że trzeba w pewnym momencie wyjść i wyraźnie powiedzieć, że kwestionuje się od tej chwili władzę ojcowską jest straszne dla obu stron.


Najlepsze pytanie brzmi, dlaczego to wszystko musi być takie trudne?



Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985

niedziela, 13 lipca 2014

WYJŚĆ Z CIENIA



Po wakacyjnej przerwie w „Dzienniku lektury” kontynuujemy prace umysłowe nad klasyką literatury polskiej. Podążajmy zatem dalej przez karty „Przedwiośnia” i dowiedzmy się, co o życiu ma do powiedzenia Stefan Żeromski (świadomie mówię „ma” a nie „miał”, bo literatura czyni nieśmiertelnym).


Otóż na stronie 18 trafiam na ciekawy portrecik psychologiczny. Przedmiotem tego portreciku jest matka Cezarego Baryki, która po powołaniu męża do wojska zupełnie nie może poradzić sobie z codziennymi obowiązkami. Posłuchajmy:


„Po wyjeździe męża wszystkiego się tutaj bała. Dopóki mąż był w domu, on był osobą – ona cichym i pokornym cieniem osoby. Teraz ów cień musiał stać się figurą czynną. Cień musiał nabrać woli, władzy, decyzji. Jakże ten mus był nieznośny, jak uciążliwy! Musiała wiedzieć o wszystkim, przewidywać, zapobiegać, rozkazywać. Gubiła się w plątaninie swych obowiązków. Nie wiedziała, od czego zacząć, gdzie jest droga i jak nią iść. Wstydziła się i trwożyła. Przeżywała jedną z najsroższych tortur, torturę czynu narzuconą niedołężnej bierności.” (18)


Współczesnemu człowiekowi od razu przychodzą do głowy feministyczne interpretacje powyższych zdań – mąż tak biedną kobiecinę zdominował, tak ją sponiewierał, że gdy go zabrakło, nie mogła sobie w domu poradzić. Problem w tym, że zawsze przy wszelkich interpretacjach trzeba przede wszystkim brać pod uwagę, co miał na myśli autor, a nie co chciałby w tekście widzieć interpretator jakieś sto lat później. Jasne jest, że Żeromski nie mógł rozumować jak człowiek nam współczesny. Na początku dwudziestego wieku rodziły się wprawdzie pierwsze ruchy feministyczne, ale nie podejmę się odpowiedzieć na pytanie, czy Żeromski, pisząc te słowa, jakoś się ruchami feministycznymi inspirował.


Myślę nawet, że można by w tym przypadku zastosować odwrotną interpretację do feministycznej – skoro się mówi, że mężczyźni zepchnęli kobiety do kuchni, no to Barykowa oczywiście taką kobietą nie była. Kobieta zepchnięta do roli obsługi kuchennej i domowej powinna być z tego względu dobrze zaznajomiona z wszystkim, co tego dotyczy, a w przypadku Barykowej brak męża powoduje zupełny upadek domu. Co więcej, widać zatem, że sprawy domowe leżały bardziej na głowie męża niż żony (pomijam fakt, że Barykowie na pewno mieli jakąś służbę). To chyba zupełnie rozbija ewentualna interpretację feministyczną tej całej sytuacji, w której znalazła się Barykowa.


Chciałbym więc porzucić te feministyczne i niefeministyczne interpretacje i wyciągnąć z tego cytatu ogólny wniosek – nie jest dobrze kompletnie zdawać się na drugą osobę, nawet jeśli jest to osoba najbliższa. W pewnym momencie może bowiem jej zabraknąć i wdrożenie się do odmienionego życia może sporo zająć czasu (chociaż pani Barykowa później wspaniale sobie radzi w trudnych czasach rosyjskiej rewolucji). Po co jednak sprawiać sobie tyle stresu?


Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985