niedziela, 20 grudnia 2015

KTO TU RZĄDZI?


Dzisiaj, na podstawie „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja odpowiemy sobie na bardzo ważne pytanie: jakie jest tło wydarzeń historycznych? Z lekcji historii wynieśliśmy błędne przeświadczenie, że to król/książę/premier/dowódca wojskowy podejmuje suwerenne i samodzielne decyzje, a przez to jednoosobowo wpływa na rzeczywistość. Tymczasem Tołstoj, analizując kampanię rosyjską Napoleona, zmaga się z tymi historykami, którzy absolutyzują Napoleona, przyznając mu po czasie nadludzką zdolność do jednoosobowej kreacji wydarzeń i naginania rzeczywistości do swoich zamysłów. Przeczytajmy więc, jak na to wszystko patrzy Tołstoj:

„Ludzie Zachodu szli na Wschód  po to, by wzajemnie się zabijać. I na mocy prawa zbiegu przyczyn same przez się zbiegły się podporządkowane temu wydarzeniu tysiące drobnych przyczyn tego ruchu i wojny [tutaj wymieniane są po kolei okoliczności ataku Napoleona na Rosję – P.B.] (…) Kiedy dojrzałe jabłko spada – czemu spada? Czy dlatego, że ciąży ku ziemi, czy dlatego że usycha rdzeń, czy dlatego że wysuszyło je słońce, że stało się za ciężkie, że wiatr je strąca, czy też dlatego że stojący na dole chłopiec pragnie je zjeść? To nie są przyczyny. Wszystko to jest tylko zbiegiem tych okoliczności, w których dokonuje się każde życiowe, organiczne, żywiołowe wydarzenie. I ów botanik, który stwierdzi, że jabłko dlatego spada, że rozkłada się błonnik i tak dalej, będzie tak samo miał rację, jak i owo dziecko stojące na dole, które powie, iż jabłko spadło dlatego, że ono chciało je zjeść i modliło się o to. Tak samo będzie miał rację i nie będzie miał racji ten, kto powie, iż Napoleon ruszył na Moskwę dlatego, że tego pragnął, i zginał dlatego, że Aleksander zapragnął jego zguby (…) Tak zwani wielcy ludzie są dla wydarzeń historycznych etykietami dającymi nazwę wydarzeniu i tak samo jak etykiety nader mało mają wspólnego z samym wydarzeniem.” (11)

Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Nauka historii, która jest nam przekazywana, opiera się na wielkim uproszczeniu. Po prostu wygodniej jest, jeśli się umówimy, że na przykład decyzję o chrzcie Polski podjął Mieszko I, a decyzję o koronacji Bolesław Chrobry. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana. Nawet jednowładcy znajdują się pod presją różnych wydarzeń, którym po prostu muszą się poddać. Nikt nie jest Stwórcą, żeby za pomocą swojej woli kształtować rzeczywistość. Zbieg różnych okoliczności – oto, co decyduje o biegu historii.

Jeszcze jedno zdanie, kończące tę myśl:

„Każde ich działanie, które im samym wydaje się zależne od ich woli, w sensie historycznym nie zależy od ich woli, lecz pozostaje w związku z całym biegiem historii i jest od wieków z góry ustalone.” (11)

O ile zgadzałem się poprzednio, to tutaj nie kogę się zgodzić. O ile zgadzam się, że historia jest zbiegiem przypadków, to stwierdzenie, że historia jest czymś z góry ustalonym oznacza, że historia ma jakiegoś ducha, który prowadzi ją w z góry ustalonym kierunku. Oznaczałoby to, że człowiek nie ma w ogóle żadnego wpływu na wydarzenia. Takie stwierdzenie obraża człowieka. Nawet jeśli o biegu wydarzenie nie decyduje jeden człowiek, to decyduje o nim wiele ludzi, którzy posiadają rozmaite interesy, które w tym jednym punkcie się spotkały, prowadząc do jakiegoś wydarzenia, czasami może nawet niezgodnego z ich wolą. Zawsze jednak jakiś wpływ człowieka można w tym procesie zauważyć.


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.3.

niedziela, 13 grudnia 2015

POWRÓT W DAWNE KOLEINY


Swego czasu zajmowaliśmy się entuzjazmem Pierre Bezuchowa (bohatera „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja) związanym z jego wstąpieniem do loży masońskiej i wynikającym z tego poczuciem samodoskonalenia duchowego. Entuzjazm ten zgasł jednak tak szybko, jak się rozpalił. Wystarczyło, by bohater wrócił do Moskwy, a natychmiast upomniał się o niego świat stołecznych klubów, bali i całego tego moskiewskiego towarzystwa. W związku z tym swoistym upadkiem Pierre Bezuchowa (które zaczęło się już wcześniej, gdy jako młody idealista zapatrzony w Napoleona powrócił z Francji do ojczyzny) raczy nas narrator taką oto refleksją:

„Jakżeby się przeraził, gdyby siedem lat temu, wtedy kiedy wrócił z zagranicy, ktoś mu powiedział, że nie musi niczego szukać ani wynajdować, bo jego droga już dawno została udeptana, określona przed wiekiem, że jakkolwiek będzie się wykręcał, pozostanie tym, czym byli wszyscy w jego sytuacji. Nie mógłby w to uwierzyć! Czyż nie pragnął  z całej duszy to wprowadzić w Rosji republiki, to samemu stać się Napoleonem, to znów być filozofem, to taktykiem, zwycięzcą Napoleona? Czyż nie widział możliwości i nie pragnął namiętnie odrodzić skażonego rodu ludzkiego i doprowadzić siebie do wyższego stopnia doskonałości? Czyż nie zakładał szkół i szpitali, nie obdarzał chłopów wolnością?” (654)

Widzimy tu jak na dłoni upadek człowieka, który nie był w stanie zrealizować swoich ambitnych zamierzeń. Być może to, co widział oczami swojej wyobraźni, nie było w zasięgu żadnego człowieka. Być może jego plany były zbyt ambitne, by ktokolwiek mógł im podołać. Być może była to wizja, która zaistnieć mogła jedynie w wyobraźni. Prawda jest też taka, że hrabiemu nie starczyło charakteru. Na kartach „Wojny i pokoju” jawi się on jako postać raczej leniwa, skłonna do rozmyślań, do próżniactwa, które to cechy pogłębiła jeszcze nieoczekiwana sukcesja rodzinnego majątku, który pozwolił mu nie troszczyć się o przyszłość. Myślę, że jeżeli czytamy o tym, że przyszłość Pierre’a Bezuchowa była już z góry wiadoma i ustalona, i znajdowała się poza jego wolą, to chodzi właśnie o to – bohater był zbyt słaby, by cokolwiek zmienić. Nawet jeśli miewał przebłyski odmiany (wtedy, gdy wracał z Francji lub gdy wstępował do loży masońskiej), to z czasem i tak jego życie wpadało w dawne koleiny i ten marzyciel zatracał się w hulankach w moskiewskich klubach. Podobnie zresztą jak wszyscy mu podobni.

Być może taka miała być jego rola na tym świecie? Nikomu przecież krzywdy nie zrobił, a za swoją osobowość i dobroduszność był powszechnie lubiany.

Tym samym zamykamy tom drugi. Nie bójcie się jednak, bo jeszcze tom trzeci i czwarty…


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

niedziela, 6 grudnia 2015

GDZIE DWÓCH ROSJAN…


Po raz kolejny pozwolę sobie powrócić do „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. Wiem, że piszę o tej książce od dłuższego czasu, i wypadałoby otworzyć już temat związany z jakąś inną książką, ale „Wojna i pokój” to taka kopalnia myśli i cytatów, że nie sposób rozprawić się z nią w zaledwie kilku postach. Tak więc na pewno nie jest to ostatni post związany z tą książką. Przedostatni zresztą też nie.

Była już mowa o tym, że hrabia Pierre Bezuchow wstąpił do loży masońskiej. W pierwszym etapie działalności w loży jego podejście cechował wielki entuzjazm, jednak z czasem hrabia zaczął odczuwać niedosyt. Jego przyczynę począł upatrywać w tym, że rosyjska masoneria odeszła od źródeł. Wyjechał zatem zagranicę, by tam dostąpić wyższego wtajemniczenia.

Do swoich rosyjskich braci powrócił z odczytem, w którym przedstawił swoje przemyślenia na temat roli i kierunku rozwoju masonerii. Mniejsza w tej chwili o jego treść. Ważne jest to, jak na odczyt zareagowano:

„Ta mowa wywołała w loży nie tylko wielkie wrażenie, ale i wzburzenie. Większa część braci, widząc w tej mowie niebezpieczne zamysły iluminatów, przyjęła ją chłodno, co Pierre’a zdziwiło. Wielki mistrz jął Pierre’owi oponować. Pierre z coraz większym zapałem zaczął rozwijać swe myśli. Dawno nie było tak burzliwego posiedzenia. Utworzyły się dwie partie: jedni oskarżali Pierre’a i potępiali iluminatyzm; drudzy popierali go. Po raz pierwszy na tym zebraniu zaskoczyła Pierre’a nieskończona różnorakość umysłów ludzkich, która sprawia, że żadna prawda nie przedstawia się tak samo dwóm ludziom. Nawet i ci członkowie, którzy, jak się zdawało, byli po jego stronie, rozumieli go po swojemu z ograniczeniami i zmianami, na które sami mogli się zgodzić, albowiem główne dążenie Pierre’a polegało właśnie na tym, żeby przekazać komuś drugiemu swą myśl ściśle tak, jak sam ją rozumiał.” (533)

Niezwykle to prosta, ale zarazem i celna myśl. Prosta i celna dlatego, że chyba każdy z nas czegoś podobnego doświadczył. Ile razy próbowało się drugiemu człowiekowi coś wytłumaczyć, a ten zdawał się tego nie rozumieć (albo nie rozumieć do końca), bo przez cały czas przetwarzał sobie to, co mu się powiedziało, na własny język. Ile razy wydawało się, że druga osoba jest tak zarozumiała, że nie chce w stu procentach przyznać ci racji, bo stale musi dodać do twoich myśli coś swojego (przysłowiowe „trzy grosze”), albo je przekształcić według swojego uznania, jakby nie mogła się przemóc, żeby po prostu się z tobą zgodzić. Po lekturze „Wojny i pokoju” wiemy jednak, że w części przypadków wynika to po prostu z tego, że ludzie mają inne doświadczenia, inaczej myślą, itd. Absolutnym błędem jest więc, żeby dążyć do tego, żeby ludzie przyjęli twoje zdanie.

To wszystko sprawia, że dyskusja jest bardzo trudna. Nie tylko tam, gdzie jest dwóch Polaków, i gdzie są trzy zdania. Rosjan to też dotyczy. 


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

niedziela, 8 listopada 2015

NIEKOŃCZĄCE SIĘ ROZMOWY


Ostatnio zajmowaliśmy się rozmową hrabiego Bezuchowa i księcia Bołkońskiego, która nawiązała się po tym, gdy Bezuchow pochwalił się księciu, że w podległych sobie dobrach nakazał ulżyć doli chłopów i podbudować dla nich szpitale i szkoły. Sceptyczny książę wytknął hrabiemu, że żyjąc dla innych (w tej sytuacji dla chłopów) pragnie pochwały świata, że jest to dla hrabiego forma swoiście rozumianej „rozrywki” nie mającej nic wspólnego z realną pomocą, a w końcu że w gruncie rzeczy hrabia nie rozumie doli chłopa i zamiast mu pomóc, zaszkodzi.

Teraz wrócimy jeszcze na chwilę do tej dyskusji toczącej się na stronach „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja, bo przewinie się w niej jeszcze parę interesujących wątków. Oto następny argument księcia Bołkońskiego, który ma storpedować plany hrabiego względem poprawienia doli chłopów:

„(…) – Ach, tak, szpitale, lekarstwa. Ma udar, umiera, a tyś puścił mu krew, wyleczyłeś go. Pożyje jako kaleka z dziesięć lat i będzie ciężarem dla wszystkich. O wiele lepiej dla niego i prościej, by umarł. Inni się urodzą – i tak ich jest za dużo. Gdybyś żałował, że tracisz jednego robotnika – ja tak właśnie na niego patrzę – ale ty z miłości dla niego chcesz go leczyć. A to mu jest niepotrzebne. I poza tym, skąd takie mniemanie, że medycyna kogokolwiek wyleczyła! Zabijać – tak! (…)” (471-472).

Cyniczne, prawda? Cyniczne, ale prawdziwe. Dla porządku dodam, że na poglądy księcia nie bez wpływu pozostają osobiste tragedie – żona, która umiera w połogu, i ciężka rana odniesiona w polu pod Austerlitz. To wszystko tak ciąży księciu, że nie może powstrzymać się od czarnych myśli, które każą mu tłumić entuzjazm hrabiego Bezuchowa.

A oto następny argument księcia:

„(…) – Ty chcesz uwolnić chłopów – ciągnął. – To bardzo dobrze; ale nie dla ciebie (jak sądzę, nikogo nie zaćwiczyłeś na śmierć i nikogo nie wysłałeś na Syberię), a jeszcze mniej dla chłopów. Jeśli ich biją, chłostają, zsyłają na Syberię – to im wcale przez to nie jest gorzej. Na Syberii prowadzi również swe zwierzęce życie, a gdy rany na ciele zabliźnią się, jest wtedy tak samo szczęśliwy, jak był przedtem. Potrzebne to jest dla tych ludzi, którzy giną moralnie, odczuwają wyrzuty sumienia, dławią je w sobie i brutalniej, ponieważ mają możność karać legalnie i nielegalnie.” (473)

Wywód trwa jeszcze, ale jego przesłanie jest jasne – cierpienie chłopów jest jedynie cierpieniem fizycznym, które mija i które jest niczym w porównaniu z cierpieniem tych, których władza nad nimi zmienia w pozbawione empatii bestie. Podsumowuje to książę w ten sposób:

„(…) – Oto, czego mi żal – godności człowieczej, spokoju sumienia, czystości, a nie ich grzbietów i głów, które – żeby nie wiem jak sieczone i golone – pozostaną zawsze tymi samymi grzbietami i głowami.” (474)

Na koniec dodam jeszcze, że rozmowa z Bezuchowem skruszy nieco serce zgorzkniałego hrabiego i od tego czasu rozpocznie się w nim przemiana.


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

poniedziałek, 2 listopada 2015

CIEMNE STRONY FILANTROPII


Wstąpienie do loży masońskiej stało się momentem przełomowym w życiu hrabiego Pierre’a Bezuchowa. Przełomowym oczywiście tylko do pewnego stopnia, bo hrabia nie zaniechał swojego niefrasobliwego i niespokojnego życia, wypełnionego balami, przyjęciami i obiadami w gronie petersburskiej i moskiewskiej elity, a jedynie dodał do niego elementy filantropijne. Mianowicie postanowił objechać swoje kijowskie dobra, gdzie nakazał uwolnić chłopów od nałożonych na nich ciężarów, pobudować tam szkoły, cerkwie i szpitale. I zadowolony był hrabia z tego, co na miejscu zobaczył. Gdyby jednak mniej był naiwny, zobaczyłby, jak jego dobre chęci obracane są w niwecz.

Ze swoimi naiwnymi wyobrażeniami hrabia Bezuchow konfrontowany jest dwukrotnie – raz, gdy objeżdża swoje włości, a drugi raz podczas rozmowy z księciem Bołkońskim, którego odwiedza w trakcie podróży powrotnej. Dla bystrego czytelnika jasne jest, że we włościach każde polecenie hrabiego wykonywane jest tak, żeby hrabia miał wrażenie, że jego rozkaz został wykonany, a położenie chłopów poprawiło się, gdy w rzeczywistości chłopi stracili, jak nie w ten, to w inny sposób (z czego oczywiście naiwny hrabia nie zdaje sobie do końca sprawy).

Po raz drugi Bezuchow konfrontowany jest z rzeczywistością podczas rozmowy ze swoim przyjacielem, księciem Bołkońskim. Książę znajduje się w odwrotnym położeniu od hrabiego – po śmierci niekochanej przez siebie żony dotykają go wyrzuty sumienia, wzmocnione jeszcze przez przeżycia wojenne. To wszystko sprawia, że książę patrzy na entuzjazm Bezuchowa z wielkim sceptycyzmem.

Oto jak Bołkoński odpowiada na słowa Bezuchowa o tym, że ten odnalazł sens życia, gdy zaczął żyć dla innych (czyli poddanych mu chłopów):

„(…) Ale każdy żyje po swojemu; żyłeś tylko dla siebie i powiadasz, że przez to omal nie zmarnowałeś własnego życia, żeś poznał szczęście, dopiero kiedy zacząłeś żyć dla innych. Ja zaś doznawałem czegoś wręcz przeciwnego. Żyłem dla sławy. (A cóż to jest sława? Przecie to samo: miłość dla innych, pragnienie zrobienia czegoś dla nich, pragnienie ich pochwały.) Tak, żyłem dla innych i nie prawie, ale ze wszystkim zmarnowałem swe życie. A odkąd żyję dla siebie, stałem się spokojniejszy.” (470)

Mówiąc te słowa, Bołkoński odnosi się do siebie, a nie do Bezuchowa, jednak przekaz jest wyraźny – jest coś w tym, że filantropom w co najmniej równym stopniu chodzi o samych siebie, jak i o tych, którym pomagają.

W dalszej części w ustach Bołońskiego pojawia się nutka kpiny, gdy sugeruje, że filantropia może być formą pewnego rodzaju mody, rozrywki dla elit:

„(…) Ja buduję dom, zakładam sad, a ty szpitale. Jedno i drugie może służyć dla zabicia czasu.” (471)

Potem dyskusja schodzi na to, czy zmienianie życia chłopów ma sens. Oto słowa księcia Bołońskiego:

„(…) że chcesz go wyprowadzić z jego stanu zwierzęcego i dać mu potrzeby duchowe, a mnie się wydaje, że jedynym możliwym szczęściem jest szczęście zwierzęce; a ty chcesz z niego zrobić mnie, ale nie dając mu moich środków.” (471)

Książę Bołkoński nawiązuje tutaj do trawiących go wyrzutów sumienia z powodu zmarłej zony. Zazdrości w tym momencie chłopom, którzy nie mają ani sił, ani czasu na takie myśli.

„(…) Po wtóre, powiadasz, ulżyć mu w robocie. Wedle mnie zaś praca fizyczna jest dla niego tak samo konieczna, jest takim samym warunkiem jego istnienia jak dla mnie i dla ciebie praca umysłowa. (…) Jak ja nie wytrzymam jego strasznej pracy fizycznej i umrę w ciągu tygodnia, podobnie on nie wytrzyma mej fizycznej bezczynności, roztyje się i umrze.” (471)

Moim zdaniem te słowa pokazują, że często filantropi próbują zmienić odbiorców pomocy na swoją modłę, uczynić z nich samych siebie, nakazać im to, co sami uważają za słuszne. Księciu i hrabiemu umiejętność pisania i czytania były potrzebne. Czy były one potrzebne ówczesnym chłopom?

Do tej rozmowy jeszcze wrócimy.

Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

niedziela, 25 października 2015

JAK ŻYĆ?


Dzisiaj za pomocą odpowiednio dobranego cytatu z „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja odpowiemy sobie na postawione w tytule pytanie. Na wstępie jednak trzeba dookreślić to pytanie. Nie chodzi bowiem o odpowiedź na samo pytanie: „jak żyć?”. Trzeba wiedzieć, „jak żyć”, żeby osiągnąć założony przez siebie cel. Chodzi mi o to, że pytanie „jak żyć” musi być związane z konkretnym celem tego życia. Cele te mogą być różne i, co za tym idzie, różne mogą być odpowiedzi na to pytanie. Tak więc inaczej będzie wyglądała odpowiedź na pytanie „jak żyć?”, gdy chcemy prowadzić wzorowe życie rodzinne. Inaczej będzie wyglądała odpowiedź na to pytanie, gdy naszym celem jest na przykład sława. Tak więc samo pytanie „jak żyć?” nie wystarcza do udzielenia poprawnej odpowiedzi. Trzeba raczej pytać: „jak żyć, żeby…”.

„Jak żyć, żeby mieć pieniądze i wpływy?”. Takie pytanie zdaje się zadawać narrator w „Wojnie i pokoju”. Zaraz udziela na to pytanie odpowiedzi, prezentując nam sylwetkę Borysa Drubeckiego, młodego adiutanta:

„(…) Przyswoił sobie całkowicie te niepisaną subordynację, która tak mu się była podobała w Ołomuńcu, a wedle której chorąży mógł stać bez porównania wyżej niż generał i wedle której, aby osiągnąć powodzenie w służbie, nie trzeba było ani wysiłków, ani pracy, ani męstwa, ani wytrwałości, lecz tylko umiejętności postępowania z tymi, którzy wynagradzali za służbę. (…) Zbliżał się i szukał znajomości tylko z ludźmi, którzy stali wyżej od niego i dlatego mogli mu być użyteczni.” (447)

Tak więc nie trzeba pracować. Wystarczy, że w odpowiednim momencie pokaże się odpowiednim ludziom, jak bardzo jesteśmy zajęci. Nie trzeba się starać. Wystarczy, że w odpowiedniej chwili przekona się odpowiednich ludzi, jak bardzo się staramy. Odpowiednim ludziom, to znaczy takim, którzy są władni podejmować decyzje w naszej sprawie.

Dodam, że taka postawa jest szalenie wygodna – jeżeli przełożony nie docenia naszych wysiłków (a i tak się często zdarza), to nic nie stracimy, bo tylko pozorowaliśmy nasze wysiłki. Gorzej byłoby, gdybyśmy autentycznie się starali, a na koniec dostali za to przysłowiowego kopa…


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

niedziela, 11 października 2015

CREDO ZABIJAKI


Hrabiemu Bezuchowowi przytrafiła się rzecz najgorsza – żona zaczęła przyprawiać mu rogi (a przynajmniej biedny hrabia zaczął ją o to podejrzewać). Wszystko zdaje się wskazywać na taką kolej rzeczy. Zaczęło się od nieśmiałych sugestii, które przedstawiono hrabiemu podczas jego pobytu w Moskwie. Potem był anonimowy list. Jeszcze później podejrzenia Bezuchowa wzbudziło charakterystyczne zachowanie się jego żony i podejrzanego, gdy ten przyjechał do nich w gościnę. Czara goryczy przelała się, gdy podejrzany zachował się ironicznie wobec hrabiego w obecności innych ludzi, jakby chciał w ten sposób potwierdzić chodzące za nim plotki. Gniew, który Bezuchow do tej pory tłumił w sobie, teraz wybuchł z całą mocą i kazał mu postąpić w sposób nietypowy dla tego flegmatycznego i safandułowatego człowieka – mianowicie kazał mu wyzwać podejrzanego na pojedynek.

Ale nie o samym procesie przyprawiania rogów chciałem napisać. Mianowicie, gdy oburzony hrabia Bezuchow wrócił do domu, człowiek podejrzany o uwiedzenie żony hrabiego został zapytany o to, jak może być spokojny wiedząc, że nazajutrz w trakcie pojedynku może zginąć. Oto, jak odpowiedział mu podejrzany:

„Widzisz, mogę ci w dwóch słowach odkryć sekret pojedynku. Jeśli idziesz na pojedynek i piszesz testament oraz tkliwe listy do rodziców, jeśli myślisz, że mogą ciebie zabić, toś głupiec i zginiesz na pewno; ale idź ze stanowczym zamiarem, by zabić tamtego, jak można najprędzej i najpewniej, wtedy wszystko w porządku. Mawiał do mnie tak nasz kostromski niedźwiednik. <<Jakże się nie bać niedźwiedzia – powiada – ale jak go ujrzysz, to strach mija, byle jeno nie uciekł!>> No, i ja tak samo (…) (383)

Dobrą radę daje nam miłośnik cudzych żon. Jeżeli się boisz, że ci się nie uda, jeżeli cały czas jesteś niepewny sukcesu, jeżeli cały czas się wahasz, to wątpliwości tak bardzo cię będą zaprzątać, że nie będziesz się skupiał na osiągnięciu sukcesu, i w efekcie przegrasz. A jeżeli będziesz szedł po sukces pewnie i nie będziesz myślał o niczym więcej, to wygrasz.

Przynajmniej tyle teoria. A co z praktyką? Nie powiem, kto zwyciężył w tym pojedynku. To musicie sprawdzić sami.


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

niedziela, 30 sierpnia 2015

DWA OBLICZA BOGA


Dzisiejszy post poświęcę dwóm wizerunkom Boga. Przyczynkiem do tego będzie, jak to ostatnio u mnie bywa, „Wojna i pokój” Lwa Tołstoja. Na samym końcu pierwszego tomu jest fragment, w którym ranny książę Andrzej Bołkoński leży na polu pod Austerlitz, które było świadkiem wspaniałego zwycięstwa Napoleona. Tam do jego zgorączkowanej głowy trafiają myśli ostateczne, których ani Tołstoj, ani ja nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, ale które warte są poznania.

Książę Andrzej leży więc na ziemi i spogląda na święty obrazek, który dała mu przed podróżą księżniczka Maria, jego siostra:

„Dobrze by to było – pomyślał książę Andrzej spojrzawszy na ów obrazek, który z takim uczuciem i czcią zawiesiła mu siostra – dobrze by było, gdyby wszystko było takie jasne i proste, jak się to wydaje księżniczce Marii. Jak dobrze byłoby wiedzieć, gdzie szukać pomocy w tym życiu i czego oczekiwać po jego zakończeniu, później, tam, za grobem. Jakże byłbym szczęśliwy i spokojny, gdybym mógł teraz powiedzieć: <<Panie, zmiłuj się nade mną!...>> Ale komu ja to powiem? Albo to siła, nieokreślona, niezbadana, do której ja nie tylko nie mogę się zwracać, ale której nie mogę wyrazić słowami – wielkie wszystko lub wielkie nic – mówił sam do siebie – albo to jest ten Bóg, który został tu zaszyty, w tym szkaplerzu, przez księżniczkę Marię? Nic, nie ma nic pewnego, poza nicością wszystkiego tego, co rozumiem, i wielkością czegoś niepojętego, lecz najważniejszego!” (356-357)

Ja również nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiadomo, czy Bóg jest tą wysoką i niepojętą siłą, czy może symbolem zaszytym w szkaplerzu. Być może jest i jednym, i drugim. Na pewno widać tutaj dwa podejścia do wiary – jedno, które reprezentuje księżniczka Maria, może trochę naiwne i dziecięce, ale na pewno szczere, i to drugie reprezentowane przez księcia Andrzeja, wątpiące i pełne pytań. Z tych myśli księcia Andrzeja przebija trochę zazdrość za religijnym światem księżniczki Marii – takim pewnym, pozbawionym wątpliwości, prostym. Niestety, nie wszystkim dane jest takie przeżywanie wiary. Być może, gdyby Maria znalazła się w sytuacji swojego brata, to znaczy leżała umierająca na polu bitwy, to i w jej umyśle zaczęłoby kiełkować zwątpienie i niepewność tego, co czeka ją po drugiej stronie?

Na pocieszenie dodam, że na koniec wszyscy się dowiemy, jaka jest prawda. Lew Tołstoj wie już to od ponad stu lat. Nam trzeba jeszcze trochę poczekać.


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.1.

niedziela, 16 sierpnia 2015

SPRAWY KOBIECO-DZIECIĘCE

Skoro ostatnio było o sprawach kobiecych, to pozostańmy może w tym temacie, zagłębiając się w skomplikowane relacje matka-dziecko. Powodów do rozważań dostarcza nam, tak jak poprzednio, „Wojna i pokój” Lwa Tołstoja, a konkretniej hrabina Rostow i jej syn Mikołaj, w tekście określany mianem „Nikoleńki”. Otóż ów Nikoleńka powołany został do armii, by walczyć z Napoleonem. Zebrani w domu Rostowów goście odczytują list z frontu, w którym informuje o swoim awansie, przebiegu dwóch bitew, w których brał udział, a także załącza pozdrowienia. Wieści od dawno niewidzianego syna wzbudzają u hrabiny Rostow takie oto myśli:

 „(…) Było jej dziwnie, niezwykle i radośnie, że jej syn – ów syn, który przed dwudziestu laty, ledwie wyczuwalnie poruszał się w niej drobniutkimi członeczkami, ów syn, o którego spierała się z rozpieszczającym go hrabią, ów syn, który najpierw nauczył się mówić „grusza”, a potem „baba”, że ów syn przebywa teraz na obcej ziemi, w obcym środowisku, jako dzielny żołnierz i sam, bez żadnej pomocy i kierunku, czyni tam jakoweś swe męskie sprawy. Dla hrabiny nie istniało wielowiekowe ogólnoludzkie doświadczenie, które wskazywało, że dzieci od kołyski odbywają niepostrzeżenie drogę stając się mężczyznami. Mężnienie jej syna w każdym okresie mężnienia było dla niej tak niezwykłe, jakby nigdy nie było milionów ludzi mężniejących tak samo. Jak przed dwudziestu laty trudno jej było uwierzyć, że ta istota mogła być owym silnym, dzielnym mężczyzną, wzorem syna i człowieka, jakim był obecnie, sądząc z tego listu.” (287-288)

Mamy tutaj do czynienia z całą sekwencją bardzo odległych wspomnień – dla hrabiny Rostow Mikołaj to po prostu Nikoleńka, którego pierwszymi słowami były: „baba” i „grusza”, a który jeszcze wcześniej poruszał się w jej łonie. Nie ma żadnej zmiany w porównaniu z tamtym okresem – Nikoleńka nie przepoczwarzył się w Mikołaja, a został w jej wyobrażeniu tym nieporadnym dzieckiem, które pielęgnowała.

Nie byłoby tego tekstu, gdyby nie skojarzenie z innym. Podobne refleksje zdarzyło mi się spotkać w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego (pisałem o tym w poście: DLACZEGO TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE TRUDNE?). To, że ten sam motyw, czyli matki nie potrafiącej przyjąć do wiadomości usamodzielnienia się jej syna, pojawia się dwóch niezależnych od siebie książkach, pochodzących od różnych autorów, świadczy, że jest to problem ogólnoludzki, a przez to tak bardzo interesujący. Wynika z tego, że wszystkie matki na świecie z pewną tęsknotą patrzą na swoje dzieci, tęskniąc za czasami, gdy były te dzieci od nich  zupełnie zależne. Nie ma oczywiście nic w tym złego, ale ta tęsknota matek za czasami zależności dzieci, pewien żal, gdy dziecko staje się samodzielne, chęć zachowania nad nim jak najdłuższej kontroli, to wszystko są cechy bardzo zastanawiające. To tak, jakby więź matek z dziećmi nie znikała wraz z odcięciem pępowiny. Charakterystyczne jest tylko, że ta więź jest silniejsza u matek niż u ich dzieci.

Cierpiące matki można jedynie pocieszyć, że ich córki wkrótce będą odczuwały to samo wobec swoich dzieci…


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.1.

niedziela, 9 sierpnia 2015

SPRAWY KOBIECE


Zawsze w książkach szukam odpowiedzi  na pytanie: co autor X, literat Y albo pisarz Z myśli o podstawowych ludzkich problemach? Otóż na stronie 267 tomu pierwszego „Wojny i pokoju” narrator częstuje nas opisem, jak to niemłoda już i nieładna księżna Maria jest szykowana przez m-le Bourienne, księżną Lizę (zwaną w tekście „małą księżną”) oraz pokojówkę Katię na spotkanie z przyszłym narzeczonym, Anatolem Kuraginem (dodam, że nic z tego nie wyjdzie, bo niemłoda i nieładna księżna wyjdzie za mąż za kogo innego, ale dopiero w czwartym, a nie pierwszym tomie). Trzy panie skaczą wokół niej z przejęciem, każąc biedaczynie przymierzać kolejne stroje w różnych konfiguracjach. Każdą kolejną próbę kwitują: „(…) brzydko wygląda, brzydko!”. 

A oto, jak kwituje te wszystkie zabiegi narrator:

„Nie suknia była nieładna, ale twarz i cała figura księżniczki, ale tego nie czuła ani m-le Bourienne, ani mała księżna; ciągle im się wydawało, że jeśli się przyszpili do włosów zaczesanych do góry niebieską wstążkę, a do brązowej sukni opadającą niebieską szarfę itp., to wszystko będzie dobrze. Zapomniały, że wystraszonej twarzy i figury nie można było zmienić, choć więc odmieniały wygląd ram, przybranie tej twarzy, sama twarz pozostawała żałosna i nieładna” (267)

Taka jest niestety smutna prawda – można różne wymyślne sztuczki stosować, przybierać różne stroje, ale w ten sposób można jedynie albo podkreślić, albo częściowo ukryć to, co już jest, i czego w żadnym razie zmienić nie można. Zresztą znamienne wydaje mi się to, że tak podkreślona jest tutaj rola twarzy i figury – również jestem zdania, że to na te dwie rzeczy zwraca się uwagę w pierwszej kolejności, mniej poświęcając jej na dodatki, takie jak strój.

Pisząc o tym nie unikniemy dyskusji na temat, czym różnią się od siebie kobiety i mężczyźni. To, co dla narratora (Tołstoja) może być pozbawione znaczenia, bo nie ma żadnego wpływu na ostateczny efekt, dla przywiązanych do szczegółów kobiet będzie sprawą bardzo istotną.

Jeszcze jedna myśl mi się nasuwa – myśl już bardzo współczesna. Od czasu, gdy Tołstoj pisał swoją książkę wiele się zmieniło – jemu mogło się wydawać bez znaczenia, czy brzydka księżna Marie wyjdzie do Anatola z taką kokardką, czy z inną. Brzydka kobieta w tamtych czasach dysponowała jedynie takim instrumentarium. Gdyby księżna Marie żyła w czasach nam współczesnych, to na pewno nie miałaby kłopotu ze znalezieniem męża. Dysponując odpowiednią sumą pieniędzy zmieniłaby i swoją twarz, i figurę, korzystając z dobrodziejstw chirurgii plastycznej.

Ciekawe, co powiedziałby na to Tołstoj? Może nie zmieniłby zdania? Może dalej twierdziłby, że brzydkiej twarzy nie można zmienić? Bo czy można zmienić twarz modelując nos albo powiększając usta? To i tak pozostanie ta sama morda


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.1.

niedziela, 26 kwietnia 2015

CWANIAKIEM BYĆ


Drugie spotkanie z „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja rozpocznę od cytatu charakteryzującego księcia Wasilija. Cytat ten trzeba umieścić w odpowiednim kontekście – otóż niejaki Pierre, nieślubny syn hrabiego Kiryła Bezuchowa, zostaje przez niego uznany za dziedzica nazwiska i, co za tym idzie, ogromnej fortuny. Pierre, wcześniej lekceważony na salonach i uznawany powszechnie za nieszkodliwego dziwaka, teraz staje się pożądany przez wszystkie wysoko postawione osoby w Petersburgu i Moskwie. Nie inaczej jest z księciem Wasilijem, który również dostrzegł w młodym Bezuchowie człowieka, którego można wykorzystać.

„Książę Wasilij nie obmyślał swoich planów. Jeszcze mniej myślał o tym, by komuś wyrządzić zło dla swej korzyści. Był tylko człowiekiem światowym, który odnosił w świecie sukcesy i z sukcesów tych uczynił sobie nawyk. Zawsze – niezależnie od okoliczności, stosunków z ludźmi – snuł jakieś plany i kombinacje, z których sam nie zdawał sobie sprawy, ale które stanowiły jedyny sens jego życia. Miał na widoku nie jeden i nie dwa takie plany i zamiary, lecz całe dziesiątki, a jedne z nich dopiero zaczynał sobie wyobrażać, inne już osiągał, jeszcze inne były niweczone. Nie mówił sobie na przykład: „Ten człowiek jest teraz możny, winienem pozyskać jego zaufanie i przyjaźń i za jego pośrednictwem uzyskać jednorazową dotację”; nie mówił też sobie: „Pierre jest teraz bogaty, powinienem skłonić go do żeniaczki z moją córką i zdobyć potrzebne mi czterdzieści tysięcy”; a przecie spotykał człowieka wpływowego i instynkt od razu mu podpowiadał, że ów człowiek może być dla niego użyteczny, przeto książę Wasilij zbliżał się z nim i przy pierwszej sposobności, bez przygotowania, instynktownie pochlebiał mu, stawał się poufały, mówił o tym, co mu było potrzebne” (245)

Jedna myśl zwróciła tutaj moją uwagę – bycie prawdziwym cwaniakiem nie polega na planowaniu kolejnych oszustw, tak jak to robią na przykład przestępcy napadający na bank (choć oczywiście książę Wasilij nie jest w tekście wprost nazwany cwaniakiem – to moje uproszczenie). Nasza uwaga zwrócona jest na to, że jest to pewien rodzaj postawy, naturalny, wynikający może z charakteru, może ze sposobu myślenia, może z wychowania, ale zawsze pewien rodzaj postawy. Nie trzeba obmyślać kolejnych szachrajstw – pomysły przychodzą same, zupełnie naturalnie. To pewna filozofia życiowa, każąca zawsze szukać w życiu „krętych” dróg do osiągania swoich celów. Nie wiem, czy książę Wasilij potrafiłby żyć w inny sposób – pewnie nawet o tym by nie pomyślał.

Ciekawe tylko, co się dzieje, gdy dwóch takich cwaniaków nagle się spotka…

Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.1.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

NIGDY NIE ŻEŃ SIĘ!


Słowa umieszczone w powyższym tytule zabrzmiały niezwykle dramatycznie. Tym, którzy się zaniepokoili, winien jestem wyjaśnienie – to nie ja, lecz książę Andrzej Bołkoński, czyli jeden z bohaterów (bardzo wielu bohaterów) „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. Słowa te książę Andrzej kieruje do Pierre’a, który niedługo po zmarłym ojcu przejmie nazwisko Bezuchow, a wraz z tym nazwiskiem ogromny majątek i jeszcze więcej kłopotów (z których niemałą część przysporzy mu żona, którą wbrew przewidującym radom przyjaciela poślubi).

Ale oto co ma do powiedzenia książę Andrzej o instytucji małżeństwa i jego wpływie na mężczyznę:

„– Nigdy, nigdy nie żeń się, mój drogi; radzę ci, nie żeń się dopóty, dopóki sobie nie powiesz, żeś zrobił wszystko, coś mógł, i dopóty aż przestaniesz kochać kobiety, którąś wybrał, dopóki jej nie przejrzysz, inaczej – popełniasz błąd okrutny i nie do naprawienia.” (38)

Rozpocznę od drugiej z tych myśli. Księciu Andrzejowi chodzi zapewne o to, że poślubić kobietę należy dopiero wtedy, gdy minie pierwsza miłość, która, jak wiadomo, nie pozwala w dostatecznym stopniu ocenić drugiej osoby. Gdy pierwsze uczucie przeminie, gdy trochę opuści człowieka to zaślepienie wynikające z zakochania – wtedy trzeba dokładnie przyjrzeć się obiektowi uczuć. Myśl ta wydaje się rozsądna, i trzeba ją odnieść zarówno do mężczyzn, jak i do kobiet.

Ale pozostaje jeszcze myśl pierwsza – że trzeba ożenić się wtedy, gdy zrobiło się w życiu wszystko to, czego się pragnęło. Rozwiniecie tej myśli znajdujemy na następnej stronie, gdy książę Andrzej dalej mówi do Pierre’a:

„Ty powiadasz, Bonaparte; ale kiedy Bonaparte pracował, kiedy krok za krokiem zmierzał do swojego celu, był wolny, nie miał nic prócz swojego celu i – osiągnął go. Lecz zwiąż się z kobietą, a stracisz wszelką swobodę – niczym skuty więzień. I wszystkie twoje nadzieje, siły, wszystko już tylko ciąży i udręcza cię żalem. Salony, plotki, bale, próżność, nicość – oto zaczarowane koło, z którego nie mogę się wydostać.” (39)

Oto, jak zmieniło się życie księcia Andrzeja, gdy poślubił Lizę. Jego żona jest taka, jak ją książę opisał – jej zainteresowania koncentrują się wokół balów, salonów i plotek ze świata moskiewskiej i petersburskiej arystokracji. Będąc jej mężem, Andrzej siłą rzeczy musi zacząć dzielić jej zainteresowania, co robi z wielką niechęcią. Być może dlatego formułuje tak gorzkie wnioski – że należy czekać ze ślubem, aż minie zaślepienie miłością, i że w ogóle ślub należy odkładać jak najdłużej.

Gwoli wyjaśnienia dodam jeszcze, że stosunek księcia Andrzeja do Lizy zmieni się, gdy ta umrze w połogu – ale to już temat na inną opowieść.

Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.1.

niedziela, 15 lutego 2015

Z CIĄGNIKAMI NA WARSZAWĘ!


Po dłuższej przerwie spowodowanej pracą nad nową powieścią mogę znowu powrócić do Dziennika lektury. Do omówienia pozostały mi jeszcze dwa cytaty, które sobie w „Przedwiośniu” zaznaczyłem. Pochodzą one z różnych części książki i dzieli je około 50 stron, można jednak zestawić je razem, dlatego że stanowią poniekąd jeden ciąg myślowy. Na pierwszy ogień pójdzie cytat późniejszy, w którym Cezary Baryka, po spędzeniu pewnego czasu w gościnie u ekonoma we wsi Chłodek i zapoznaniu się z surowymi warunkami życia tamtejszych chłopów, dokonuje krytycznej oceny ich uległej wobec włościan postawy:

„Cóż za zwierzęce pędzicie życie, chłopy silne i zdrowe! Jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu! Zbuntujcież się, chłopy potężne, przeciwko swojemu sobaczemu losowi!” (243)

Wiadomo, kim są ci, którzy z jedzenia urządzili „kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość” – to włościanie. W „Przedwiośniu” kilkakrotnie można napotkać opis uczt na szlacheckim dworze, które nie służą bynajmniej zaspokojeniu głodu, ale rozrywce. Opisy uczt są zestawione z porażającą biedą chłopstwa i Żydów, widzianą do tego oczami Cezarego Baryki, czyli młodego komunisty, który przyjechał na szlachecką wieś w odwiedziny do kompana z kampanii 1920 roku. Wydaje się, że Żeromski celowo wybrał na głównego bohatera właśnie młodego komunistę, by jego wrażliwymi na wyzysk oczami pokazać czytelnikowi kontrast pomiędzy bezproduktywnym i jakby wyjętym z poprzedniej epoki życiem szlachty, a podłą egzystencją chłopstwa, którego wszystkie aspiracje zostały brutalnie zastąpione koniecznością zabiegania o najbardziej podstawowe rzeczy. Co warte podkreślenia, i co wynika z przytoczonego cytatu, chłopi zdają się nie dostrzegać niesprawiedliwej różnicy w poziomie swojego życia, a poziomie życia włościaństwa, a to dlatego że nie przejawiają jakiejkolwiek woli zmiany tego stanu rzeczy. Nie może tego zrozumieć Baryka, który na własne oczy widział okrucieństwo rosyjskiej rewolucji, którego przyczyną byłą chęć odwetu na znienawidzonych panach.

W drugim cytacie najistotniejsze jest to, jak widzi ten problem samo włościaństwo. Oto fragment wypowiedzi reprezentującego tę klasę księdza Anastazego:

„A wieś, jak wieś. Ani miła, ani niemiła. Po prostu Odolany. Pracy tu trzeba, och, pracy! Ludek tu dobry, poczciwy, bogobojny, zapobiegliwy, pracowity, ale pracy nad nim trzeba – po łokcie!” (206)

To wypowiedź bardzo charakterystyczna – przedstawiciel lokalnych elit twierdzi, że to ci wyzyskiwani i upodleni powinni się zmienić. O tym, że może podział dóbr powinien być inny, bardziej sprawiedliwszy, już nie wspomina. To świadczy o tym, że nie dostrzega przyczyn problemu, o którym mówi. Tymczasem nie może być mowy o poprawie losu kogokolwiek, jeżeli włościaństwo nie zrozumie, że sielankowe życie ponad stan, jakie ta klasa wiedzie, jest warunkowane skrajną nędzą innej klasy – chłopstwa.

Cytat pochodzi z książki: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Czytelnik, Warszawa 1985