niedziela, 16 sierpnia 2015

SPRAWY KOBIECO-DZIECIĘCE

Skoro ostatnio było o sprawach kobiecych, to pozostańmy może w tym temacie, zagłębiając się w skomplikowane relacje matka-dziecko. Powodów do rozważań dostarcza nam, tak jak poprzednio, „Wojna i pokój” Lwa Tołstoja, a konkretniej hrabina Rostow i jej syn Mikołaj, w tekście określany mianem „Nikoleńki”. Otóż ów Nikoleńka powołany został do armii, by walczyć z Napoleonem. Zebrani w domu Rostowów goście odczytują list z frontu, w którym informuje o swoim awansie, przebiegu dwóch bitew, w których brał udział, a także załącza pozdrowienia. Wieści od dawno niewidzianego syna wzbudzają u hrabiny Rostow takie oto myśli:

 „(…) Było jej dziwnie, niezwykle i radośnie, że jej syn – ów syn, który przed dwudziestu laty, ledwie wyczuwalnie poruszał się w niej drobniutkimi członeczkami, ów syn, o którego spierała się z rozpieszczającym go hrabią, ów syn, który najpierw nauczył się mówić „grusza”, a potem „baba”, że ów syn przebywa teraz na obcej ziemi, w obcym środowisku, jako dzielny żołnierz i sam, bez żadnej pomocy i kierunku, czyni tam jakoweś swe męskie sprawy. Dla hrabiny nie istniało wielowiekowe ogólnoludzkie doświadczenie, które wskazywało, że dzieci od kołyski odbywają niepostrzeżenie drogę stając się mężczyznami. Mężnienie jej syna w każdym okresie mężnienia było dla niej tak niezwykłe, jakby nigdy nie było milionów ludzi mężniejących tak samo. Jak przed dwudziestu laty trudno jej było uwierzyć, że ta istota mogła być owym silnym, dzielnym mężczyzną, wzorem syna i człowieka, jakim był obecnie, sądząc z tego listu.” (287-288)

Mamy tutaj do czynienia z całą sekwencją bardzo odległych wspomnień – dla hrabiny Rostow Mikołaj to po prostu Nikoleńka, którego pierwszymi słowami były: „baba” i „grusza”, a który jeszcze wcześniej poruszał się w jej łonie. Nie ma żadnej zmiany w porównaniu z tamtym okresem – Nikoleńka nie przepoczwarzył się w Mikołaja, a został w jej wyobrażeniu tym nieporadnym dzieckiem, które pielęgnowała.

Nie byłoby tego tekstu, gdyby nie skojarzenie z innym. Podobne refleksje zdarzyło mi się spotkać w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego (pisałem o tym w poście: DLACZEGO TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE TRUDNE?). To, że ten sam motyw, czyli matki nie potrafiącej przyjąć do wiadomości usamodzielnienia się jej syna, pojawia się dwóch niezależnych od siebie książkach, pochodzących od różnych autorów, świadczy, że jest to problem ogólnoludzki, a przez to tak bardzo interesujący. Wynika z tego, że wszystkie matki na świecie z pewną tęsknotą patrzą na swoje dzieci, tęskniąc za czasami, gdy były te dzieci od nich  zupełnie zależne. Nie ma oczywiście nic w tym złego, ale ta tęsknota matek za czasami zależności dzieci, pewien żal, gdy dziecko staje się samodzielne, chęć zachowania nad nim jak najdłuższej kontroli, to wszystko są cechy bardzo zastanawiające. To tak, jakby więź matek z dziećmi nie znikała wraz z odcięciem pępowiny. Charakterystyczne jest tylko, że ta więź jest silniejsza u matek niż u ich dzieci.

Cierpiące matki można jedynie pocieszyć, że ich córki wkrótce będą odczuwały to samo wobec swoich dzieci…


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.1.