niedziela, 20 grudnia 2015

KTO TU RZĄDZI?


Dzisiaj, na podstawie „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja odpowiemy sobie na bardzo ważne pytanie: jakie jest tło wydarzeń historycznych? Z lekcji historii wynieśliśmy błędne przeświadczenie, że to król/książę/premier/dowódca wojskowy podejmuje suwerenne i samodzielne decyzje, a przez to jednoosobowo wpływa na rzeczywistość. Tymczasem Tołstoj, analizując kampanię rosyjską Napoleona, zmaga się z tymi historykami, którzy absolutyzują Napoleona, przyznając mu po czasie nadludzką zdolność do jednoosobowej kreacji wydarzeń i naginania rzeczywistości do swoich zamysłów. Przeczytajmy więc, jak na to wszystko patrzy Tołstoj:

„Ludzie Zachodu szli na Wschód  po to, by wzajemnie się zabijać. I na mocy prawa zbiegu przyczyn same przez się zbiegły się podporządkowane temu wydarzeniu tysiące drobnych przyczyn tego ruchu i wojny [tutaj wymieniane są po kolei okoliczności ataku Napoleona na Rosję – P.B.] (…) Kiedy dojrzałe jabłko spada – czemu spada? Czy dlatego, że ciąży ku ziemi, czy dlatego że usycha rdzeń, czy dlatego że wysuszyło je słońce, że stało się za ciężkie, że wiatr je strąca, czy też dlatego że stojący na dole chłopiec pragnie je zjeść? To nie są przyczyny. Wszystko to jest tylko zbiegiem tych okoliczności, w których dokonuje się każde życiowe, organiczne, żywiołowe wydarzenie. I ów botanik, który stwierdzi, że jabłko dlatego spada, że rozkłada się błonnik i tak dalej, będzie tak samo miał rację, jak i owo dziecko stojące na dole, które powie, iż jabłko spadło dlatego, że ono chciało je zjeść i modliło się o to. Tak samo będzie miał rację i nie będzie miał racji ten, kto powie, iż Napoleon ruszył na Moskwę dlatego, że tego pragnął, i zginał dlatego, że Aleksander zapragnął jego zguby (…) Tak zwani wielcy ludzie są dla wydarzeń historycznych etykietami dającymi nazwę wydarzeniu i tak samo jak etykiety nader mało mają wspólnego z samym wydarzeniem.” (11)

Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Nauka historii, która jest nam przekazywana, opiera się na wielkim uproszczeniu. Po prostu wygodniej jest, jeśli się umówimy, że na przykład decyzję o chrzcie Polski podjął Mieszko I, a decyzję o koronacji Bolesław Chrobry. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana. Nawet jednowładcy znajdują się pod presją różnych wydarzeń, którym po prostu muszą się poddać. Nikt nie jest Stwórcą, żeby za pomocą swojej woli kształtować rzeczywistość. Zbieg różnych okoliczności – oto, co decyduje o biegu historii.

Jeszcze jedno zdanie, kończące tę myśl:

„Każde ich działanie, które im samym wydaje się zależne od ich woli, w sensie historycznym nie zależy od ich woli, lecz pozostaje w związku z całym biegiem historii i jest od wieków z góry ustalone.” (11)

O ile zgadzałem się poprzednio, to tutaj nie kogę się zgodzić. O ile zgadzam się, że historia jest zbiegiem przypadków, to stwierdzenie, że historia jest czymś z góry ustalonym oznacza, że historia ma jakiegoś ducha, który prowadzi ją w z góry ustalonym kierunku. Oznaczałoby to, że człowiek nie ma w ogóle żadnego wpływu na wydarzenia. Takie stwierdzenie obraża człowieka. Nawet jeśli o biegu wydarzenie nie decyduje jeden człowiek, to decyduje o nim wiele ludzi, którzy posiadają rozmaite interesy, które w tym jednym punkcie się spotkały, prowadząc do jakiegoś wydarzenia, czasami może nawet niezgodnego z ich wolą. Zawsze jednak jakiś wpływ człowieka można w tym procesie zauważyć.


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.3.

niedziela, 13 grudnia 2015

POWRÓT W DAWNE KOLEINY


Swego czasu zajmowaliśmy się entuzjazmem Pierre Bezuchowa (bohatera „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja) związanym z jego wstąpieniem do loży masońskiej i wynikającym z tego poczuciem samodoskonalenia duchowego. Entuzjazm ten zgasł jednak tak szybko, jak się rozpalił. Wystarczyło, by bohater wrócił do Moskwy, a natychmiast upomniał się o niego świat stołecznych klubów, bali i całego tego moskiewskiego towarzystwa. W związku z tym swoistym upadkiem Pierre Bezuchowa (które zaczęło się już wcześniej, gdy jako młody idealista zapatrzony w Napoleona powrócił z Francji do ojczyzny) raczy nas narrator taką oto refleksją:

„Jakżeby się przeraził, gdyby siedem lat temu, wtedy kiedy wrócił z zagranicy, ktoś mu powiedział, że nie musi niczego szukać ani wynajdować, bo jego droga już dawno została udeptana, określona przed wiekiem, że jakkolwiek będzie się wykręcał, pozostanie tym, czym byli wszyscy w jego sytuacji. Nie mógłby w to uwierzyć! Czyż nie pragnął  z całej duszy to wprowadzić w Rosji republiki, to samemu stać się Napoleonem, to znów być filozofem, to taktykiem, zwycięzcą Napoleona? Czyż nie widział możliwości i nie pragnął namiętnie odrodzić skażonego rodu ludzkiego i doprowadzić siebie do wyższego stopnia doskonałości? Czyż nie zakładał szkół i szpitali, nie obdarzał chłopów wolnością?” (654)

Widzimy tu jak na dłoni upadek człowieka, który nie był w stanie zrealizować swoich ambitnych zamierzeń. Być może to, co widział oczami swojej wyobraźni, nie było w zasięgu żadnego człowieka. Być może jego plany były zbyt ambitne, by ktokolwiek mógł im podołać. Być może była to wizja, która zaistnieć mogła jedynie w wyobraźni. Prawda jest też taka, że hrabiemu nie starczyło charakteru. Na kartach „Wojny i pokoju” jawi się on jako postać raczej leniwa, skłonna do rozmyślań, do próżniactwa, które to cechy pogłębiła jeszcze nieoczekiwana sukcesja rodzinnego majątku, który pozwolił mu nie troszczyć się o przyszłość. Myślę, że jeżeli czytamy o tym, że przyszłość Pierre’a Bezuchowa była już z góry wiadoma i ustalona, i znajdowała się poza jego wolą, to chodzi właśnie o to – bohater był zbyt słaby, by cokolwiek zmienić. Nawet jeśli miewał przebłyski odmiany (wtedy, gdy wracał z Francji lub gdy wstępował do loży masońskiej), to z czasem i tak jego życie wpadało w dawne koleiny i ten marzyciel zatracał się w hulankach w moskiewskich klubach. Podobnie zresztą jak wszyscy mu podobni.

Być może taka miała być jego rola na tym świecie? Nikomu przecież krzywdy nie zrobił, a za swoją osobowość i dobroduszność był powszechnie lubiany.

Tym samym zamykamy tom drugi. Nie bójcie się jednak, bo jeszcze tom trzeci i czwarty…


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.

niedziela, 6 grudnia 2015

GDZIE DWÓCH ROSJAN…


Po raz kolejny pozwolę sobie powrócić do „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. Wiem, że piszę o tej książce od dłuższego czasu, i wypadałoby otworzyć już temat związany z jakąś inną książką, ale „Wojna i pokój” to taka kopalnia myśli i cytatów, że nie sposób rozprawić się z nią w zaledwie kilku postach. Tak więc na pewno nie jest to ostatni post związany z tą książką. Przedostatni zresztą też nie.

Była już mowa o tym, że hrabia Pierre Bezuchow wstąpił do loży masońskiej. W pierwszym etapie działalności w loży jego podejście cechował wielki entuzjazm, jednak z czasem hrabia zaczął odczuwać niedosyt. Jego przyczynę począł upatrywać w tym, że rosyjska masoneria odeszła od źródeł. Wyjechał zatem zagranicę, by tam dostąpić wyższego wtajemniczenia.

Do swoich rosyjskich braci powrócił z odczytem, w którym przedstawił swoje przemyślenia na temat roli i kierunku rozwoju masonerii. Mniejsza w tej chwili o jego treść. Ważne jest to, jak na odczyt zareagowano:

„Ta mowa wywołała w loży nie tylko wielkie wrażenie, ale i wzburzenie. Większa część braci, widząc w tej mowie niebezpieczne zamysły iluminatów, przyjęła ją chłodno, co Pierre’a zdziwiło. Wielki mistrz jął Pierre’owi oponować. Pierre z coraz większym zapałem zaczął rozwijać swe myśli. Dawno nie było tak burzliwego posiedzenia. Utworzyły się dwie partie: jedni oskarżali Pierre’a i potępiali iluminatyzm; drudzy popierali go. Po raz pierwszy na tym zebraniu zaskoczyła Pierre’a nieskończona różnorakość umysłów ludzkich, która sprawia, że żadna prawda nie przedstawia się tak samo dwóm ludziom. Nawet i ci członkowie, którzy, jak się zdawało, byli po jego stronie, rozumieli go po swojemu z ograniczeniami i zmianami, na które sami mogli się zgodzić, albowiem główne dążenie Pierre’a polegało właśnie na tym, żeby przekazać komuś drugiemu swą myśl ściśle tak, jak sam ją rozumiał.” (533)

Niezwykle to prosta, ale zarazem i celna myśl. Prosta i celna dlatego, że chyba każdy z nas czegoś podobnego doświadczył. Ile razy próbowało się drugiemu człowiekowi coś wytłumaczyć, a ten zdawał się tego nie rozumieć (albo nie rozumieć do końca), bo przez cały czas przetwarzał sobie to, co mu się powiedziało, na własny język. Ile razy wydawało się, że druga osoba jest tak zarozumiała, że nie chce w stu procentach przyznać ci racji, bo stale musi dodać do twoich myśli coś swojego (przysłowiowe „trzy grosze”), albo je przekształcić według swojego uznania, jakby nie mogła się przemóc, żeby po prostu się z tobą zgodzić. Po lekturze „Wojny i pokoju” wiemy jednak, że w części przypadków wynika to po prostu z tego, że ludzie mają inne doświadczenia, inaczej myślą, itd. Absolutnym błędem jest więc, żeby dążyć do tego, żeby ludzie przyjęli twoje zdanie.

To wszystko sprawia, że dyskusja jest bardzo trudna. Nie tylko tam, gdzie jest dwóch Polaków, i gdzie są trzy zdania. Rosjan to też dotyczy. 


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.