niedziela, 13 grudnia 2015

POWRÓT W DAWNE KOLEINY


Swego czasu zajmowaliśmy się entuzjazmem Pierre Bezuchowa (bohatera „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja) związanym z jego wstąpieniem do loży masońskiej i wynikającym z tego poczuciem samodoskonalenia duchowego. Entuzjazm ten zgasł jednak tak szybko, jak się rozpalił. Wystarczyło, by bohater wrócił do Moskwy, a natychmiast upomniał się o niego świat stołecznych klubów, bali i całego tego moskiewskiego towarzystwa. W związku z tym swoistym upadkiem Pierre Bezuchowa (które zaczęło się już wcześniej, gdy jako młody idealista zapatrzony w Napoleona powrócił z Francji do ojczyzny) raczy nas narrator taką oto refleksją:

„Jakżeby się przeraził, gdyby siedem lat temu, wtedy kiedy wrócił z zagranicy, ktoś mu powiedział, że nie musi niczego szukać ani wynajdować, bo jego droga już dawno została udeptana, określona przed wiekiem, że jakkolwiek będzie się wykręcał, pozostanie tym, czym byli wszyscy w jego sytuacji. Nie mógłby w to uwierzyć! Czyż nie pragnął  z całej duszy to wprowadzić w Rosji republiki, to samemu stać się Napoleonem, to znów być filozofem, to taktykiem, zwycięzcą Napoleona? Czyż nie widział możliwości i nie pragnął namiętnie odrodzić skażonego rodu ludzkiego i doprowadzić siebie do wyższego stopnia doskonałości? Czyż nie zakładał szkół i szpitali, nie obdarzał chłopów wolnością?” (654)

Widzimy tu jak na dłoni upadek człowieka, który nie był w stanie zrealizować swoich ambitnych zamierzeń. Być może to, co widział oczami swojej wyobraźni, nie było w zasięgu żadnego człowieka. Być może jego plany były zbyt ambitne, by ktokolwiek mógł im podołać. Być może była to wizja, która zaistnieć mogła jedynie w wyobraźni. Prawda jest też taka, że hrabiemu nie starczyło charakteru. Na kartach „Wojny i pokoju” jawi się on jako postać raczej leniwa, skłonna do rozmyślań, do próżniactwa, które to cechy pogłębiła jeszcze nieoczekiwana sukcesja rodzinnego majątku, który pozwolił mu nie troszczyć się o przyszłość. Myślę, że jeżeli czytamy o tym, że przyszłość Pierre’a Bezuchowa była już z góry wiadoma i ustalona, i znajdowała się poza jego wolą, to chodzi właśnie o to – bohater był zbyt słaby, by cokolwiek zmienić. Nawet jeśli miewał przebłyski odmiany (wtedy, gdy wracał z Francji lub gdy wstępował do loży masońskiej), to z czasem i tak jego życie wpadało w dawne koleiny i ten marzyciel zatracał się w hulankach w moskiewskich klubach. Podobnie zresztą jak wszyscy mu podobni.

Być może taka miała być jego rola na tym świecie? Nikomu przecież krzywdy nie zrobił, a za swoją osobowość i dobroduszność był powszechnie lubiany.

Tym samym zamykamy tom drugi. Nie bójcie się jednak, bo jeszcze tom trzeci i czwarty…


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.2.