poniedziałek, 28 marca 2016

LEKARZU, LECZ SIĘ SAM!



Dzisiaj zajmiemy się chorobą Nataszy Rostow (a raczej tym, co z tą chorobą uczynili lekarze). Choroba ta miała bardziej charakter psychiczny niż fizyczny – chodziło o to, że Natasza boleśnie przeżyła zerwanie z narzeczonym, a potem nieudaną ucieczkę z Kuraginem, dla którego owe zaręczyny zerwała. To doświadczenie miało poważne zdrowotne reperkusje:

„Symptomy choroby Nataszy polegały na tym, że mało jadła, mało spała, kaszlała i nigdy się nie ożywiała.” (72)

Dziś nazwalibyśmy to pewnie depresją. Wtedy takiej jednostki chorobowej nie znano, ale mimo to znaleźli się lekarze, którzy byli gotowi Nataszę leczyć (oczywiście nie za darmo):

„(…) Do Nataszy przyjeżdżali doktorzy i pojedynczo, i na konsylia, mówili dużo po francusku i po niemiecku, i po łacinie, ganili jeden drugiego, zapisywali najróżniejsze lekarstwa na wszystkie choroby, jakie tylko znali; ale żadnemu z nich nie przyszła do głowy tak prosta myśl, że nie mogą znać tej choroby, na którą cierpiała Natasza, podobnie jak nie może być znana żadna choroba, która by zmogła człowieka: albowiem każdy człowiek ma swe właściwości i zawsze ma specyficzną i swą własną nową, skomplikowaną chorobę, której medycyna nie zna, nie chorobę płuc, wątroby, skóry, serca, nerwów, itd., zarejestrowaną w medycynie, lecz chorobę polegającą na jednej z niezliczonych kombinacji cierpień tych organów.” (70)

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Po pierwsze każdy człowiek jest trochę inny (ma swoje właściwości, swoje specyficzne cechy budowy ciała i funkcjonowania organizmu), a po drugie przebieg żadnej choroby nie może być taki sam, skoro rozwija się w innym organizmie. Narrator sugeruje właściwie, że sztuka lekarska jest w gruncie szarlatanerią, gdyż z wymienionych powyżej powodów lekarz nie może mieć pełnej wiedzy co do stanu chorego (zwłaszcza w czasach dzisiejszych, gdy lekarzowi nie chce się nawet wstać od biurka i obejrzeć cierpiącego)

Po co więc lekarze?

„(…) Byli pożyteczni [lekarze] nie dlatego, że zmuszali chorą do połykania substancji przeważnie szkodliwych (szkodliwość tę mało się czuło, gdyż szkodliwe substancje dawano w małej ilości), lecz byli pożyteczni, niezbędni, nieodzowni (oto przyczyna, dla której zawsze są i będą domniemani uzdrawiacze, wróże, homeopaci), albowiem czynili zadość moralnej potrzebie chorej oraz ludzi, którzy chorą kochali. Czynili zadość odwiecznej ludzkiej potrzebie nadziei, że nastąpiła ulga, potrzebie współczucia i aktywności, jakiej doznaje człowiek w chwili cierpienia.” (71)

Narrator znęca się jeszcze trochę nad lekarzami, ale na tym poprzestańmy, bo najważniejsze zostało już powiedziane – dla narratora lekarz jest tym samym, co uzdrawiacz czy czarownik, bo żeruje na tej samej co oni ludzkiej potrzebie – potrzebie nadziei. Te wszystkie proszki, tabletki, zalecane w odpowiednich godzinach i w odpowiedniej ilości, w gruncie rzeczy niewielki mają wpływ na poprawę stanu chorego. To, co ma rzeczywisty wpływ na niego (i przy okazji na jego zmartwione otoczenie), to poczucie ulgi, że oto teraz chory został oddany w ręce najlepszych specjalistów, którzy na pewno wyciągną go z łóżka.

Kończy się niestety jak zawsze – z wszystkim musisz radzić sobie sam. Jeżeli nie masz silnego organizmu, to żadne proszki ani tabletki ci nie pomogą.

W tym niebezpiecznym marcowo-kwietniowym okresie życzę nie chorować!


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.3.

niedziela, 20 marca 2016

WOJENNE PRZECHWAŁKI



Na tym blogu była już wielokrotnie mowa o tym, jak przeżycia wojenne funkcjonują potem w opowieściach jej uczestników. Niejednokrotnie okazywało się, że mówienie o tym sprawiało bohaterom „trudność” w tym sensie, że mieli oni tendencję do koloryzowania tych wydarzeń, nadawania im niemalże religijnej albo mitycznej rangi. Nie inaczej będzie tym razem, gdy przeżycia wojenne generała Rajewskiego niejaki Zdrzyński porówna do wysiłku starożytnego Leonidasa:

„Oficer z sutym wąsem, Zdrzyński, opowiadał pompatycznie, że sałtanowska grobla była rosyjskimi Termopilami, że na tej grobli generał Rajewski dokonał dzieła godnego starożytności. Zdrzyński opowiadał, że Rajewski wyprowadził na groblę swych dwóch synów pod straszny ostrzał i wraz z nimi ruszył do ataku.” (60)

Tego opowiadania słucha Rostow. Zdaje on sobie sprawę, jakie znaczenie ma taki sposób narracji – chodzi o gloryfikowanie męstwa własnego oręża – więc udaje podziw. W głębi serca myśli jednak o czymś innym. Oto, o czym myśli Rostwo:

„(…) Po bitwie od Austerlitz w roku 1807 Rostow wiedział z własnego doświadczenia, że opowiadając zdarzenia wojenne zawsze się kłamie, jak i on kłamał, kiedy opowiadał; poza tym miał już tyle doświadczenia, że wiedział, iż na wojnie wszystko dzieje się nie tak, jak sobie wyobrażamy i opowiadamy.” (60)

Podsumowując, Rostow zdaje sobie sprawę z tego, że Zdrzyński przeinacza fakty, przekazując mu taką wersję historii, która podkreśla znaczenie czynu generała Rajewskiego.

Pogrążając się w myślach, Rostow zadaje Zdrzyńśkiemu i Rajewskiemu trzy ciężkie oskarżenia:

„(…) Po pierwsze, na grobli, którą atakowano, na pewno było takie zamieszanie i taki ścisk, że jeśli nawet Rajewski wyprowadził swoich synów, na nikogo nie mogło to podziałać wyjąwszy jakichś dziesięciu ludzi, którzy byli tuż obok niego (…)” (60)

Tutaj widzimy, dlaczego Zdrzyński takie znaczenie nadawał czynowi Rajewskiego. Według jego wersji rzucenie do walki własnych synów miało podziałać mobilizująco na innych żołnierzy. Rostow obnaża zakłamanie takiego myślenia – pokazuje, że w zawierusze bitewnej tylko kilkoro osób mogło sobie zdać sprawę z czynu generała. Tak naprawdę jego czyn nie miał wiec żadnego znaczenia dla losu bitwy, nie wpłynął bowiem na morale podwładnych. Inne zdanie Zdrzyńśkiego wynika albo ze świadomego zakłamania, albo z chęci gloryfikacji dokonań własnego żołnierza.

Kolejny argument Rostowa:

„(…) Poza tym i ci, którzy to widzieli, nie bardzo mogli się entuzjazmować, bo gdzie im tam było do rodzicielskich uczuć Rajewskiego, kiedy szło o własną skórę?” (60)

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Nie można wymagać empatii od ludzi, którzy znajdują się w tak ekstremalnych warunkach.

Argument trzeci i ostatni:

„(…) A zresztą, od tego, czy się zdobędzie sałtanowską groblę, czy się jej nie zdobędzie, nie zależał los ojczyzny, jak nam mówią to o Termopilach.” (60)

Tutaj mamy kompletne zanegowanie wysokiego zdania Zdrzyńskiego o potyczce na grobli. Rostow uświadamia sobie, że znacznie tej potyczki tak naprawdę nie było wielkie, a przynajmniej nie tak wielkie, jak chce tego Zdrzyński.

„(…) A zatem, na cóż było ponosić taką ofiarę? I w jakim celu mieszać w tę wojnę własne dzieci?” (60)

Do takich wniosków dochodzi Rostow. Wnioski te są zupełnie przeciwne do tych, które zdaje się wysnuwać Zdrzyński. Dla niego poświęcenie generała Rajewskiego miało sens.

Być może o to chodzi w tych wszystkich powojennych opowieściach – by nadać jej jakiś sens.


Cytat pochodzi z książki: Lew Tołstoj, Wojna i pokój, Wydawnictwo TPPR Współpraca, Warszawa 1988, T.3.